The post Ciężkie chwile „Fortu Knox” czyli niemiłe dobrego początki first appeared on Wolne Pszczoły.
]]>Zima 2016/2017 mocno uderzyła w pasieki członków Stowarzyszenia Pszczelarstwa Naturalnego „Wolne Pszczoły” i pszczoły zgłoszone do Projektu „Fort Knox”. Jesienią 2016 roku liczba nieleczonych rodzin członków Stowarzyszenia oscylowała wokół 150, a łącznie z pozostałymi zapewne znacząco przekraczała 200. Do „naszej wspólnej pasieki” zgłoszonych było 18. Liczby wyglądały więc dobrze i choć w niektórych pasiekach rok 2016 był ciężki, to pod koniec sezonu wszystko wyglądało obiecująco. Zima przyniosła jednak srogą selekcję i olbrzymią śmiertelność, a w pasiekach członków Stowarzyszenia przeżyło niewiele ponad 30 rodzin pszczelich. Dodatkowo większość z nich przetrwała na toczkach Przedstawiciela Stowarzyszenia, Łukasza. Znana nam była prawidłowość mówiąca, że spora większość pszczół umiera właśnie po dwóch latach od zaprzestania leczenia. Mając spore rozdrobnienie pasiek, połączone z rozprzestrzenieniem ich na obszarze prawie całego kraju, nie spodziewaliśmy się jednak aż tak dużych strat.
Wiosną na wielu pasiekach panował więc smutek i pszczelarze oglądali puste ule. Nieliczni mogli się cieszyć z jednej lub zaledwie kilku żyjących rodzin. Nieleczone mniejsze pasieki, liczące po parę – paręnaście pni, w sporej części przestały istnieć. Pszczoły przeżyły tylko na dwóch z sześciu pasiek, zgłoszonych do Projektu. Były to rodziny u Łukasza oraz u Joli. Pszczoły Joli były jednak zgłoszone do Projektu w roku 2016 i tak naprawdę nie były leczone dopiero jeden sezon. Jakkolwiek można było (i należało!) je wykorzystać, to jednak ich przydatność z punktu widzenia naszych założeń wciąż pozostawała co najmniej wątpliwa, z racji tego, że do chwili obecnej nie przeszły żadnego sprawdzianu. Wiosna postawiła więc przed nami zadanie stworzenia nowych 12 rodzin z 6, aby móc powrócić do stanu wyjściowego. To zadanie na pierwszy rzut oka nie wydaje się trudne, gdyż wystarczy z każdej rodziny wziąć po dwa nowe odkłady. Nie stanowi to problemu, jeżeli zbieranie miodu nie należy do priorytetów (a tak jest przecież w Projekcie), a jest nim stworzenie nowych rodzin na bazie istniejących. Problemem i zagadką pozostawał jednak stan zdrowotny rodzin, które przeżyły. Nasze doświadczenia wskazują bowiem na to, że pszczoły borykające się z problemami zdrowotnymi często są w stanie z tych problemów wyjść obronną ręką, ale nie zawsze rozwijają się i pozwalają się namnażać tak, jakbyśmy tego chcieli i oczekiwali – czyli tak jak rodziny, za które te problemy rozwiązują pszczelarze.
Wiedząc, że rodziny Joli wywodzą się z pszczół czysto komercyjnych, obawialiśmy się, że ich genetyka może – choć jak to w przypadku pszczół: nie koniecznie – nie wystarczyć do przetrwania i dalszej samowystarczalności. W związku z tym postanowiliśmy zrobić i przewieźć do Łukasza odkłady, z których dopiero miały być namnażane nowe rodziny dla innych. Liczyliśmy na to, że po pierwsze młode matki unasiennią się przynajmniej w jakiejś części trutniami z pasieki, która przeszła już pierwsze kryzysy, po drugie doświadczenie Łukasza pozwoli znacząco lepiej wykorzystać potencjał pszczół do stworzenia nowych rodzin, po trzecie w razie niepowodzeń w wychowie i unasiennieniu matek będzie można do rodzin poddać mateczniki z pozostałych rodzin z Projektu, które mają już za sobą kilka lat bez leczenia. Tak też zrobiliśmy i to okazało się rozwiązaniem słusznym. O ile nie możemy stwierdzić, jakimi trutniami unasienniły się młode matki, to na pewno Łukasz stanął na wysokości zadania, rozwiązując wszystkie problemy jakie stanęły na jego drodze i ostatecznie, pomimo przeciwności losu, wykonał dokładnie tyle rodzin ile było trzeba na pokrycie dotychczasowych strat. 12 młodych rodzin zostało utworzonych i część z nich już bzyczy na właściwych i docelowych pasiekach członków Projektu „Fort Knox”, a reszta trafi na nie niebawem.
A trzeba przyznać, że nie obyło się bez problemów. Po pierwsze w międzyczasie wiosną osypała się jedna z rodzin fortowych u Łukasza, a przywiezione od Joli bezmatki, po wygryzieniu się porażonego roztoczami czerwiu, przestały wyglądać na zdrowe i prężne rodziny, jakimi zdawały się być w połowie maja. Warroza poczyniła w nich bardzo duże spustoszenia. Do tego stopnia, że pszczoły roiły się aby tylko uciec z uli, w których porażenie zbliżało się do poziomu krytycznego. W związku z tym jedna z rodzin w ogóle nie wychowała matek z mateczników – te albo zamarły, albo wygryzione matki były na tyle słabe, że nie wróciły z lotów godowych, lub nie podjęły czerwienia. Zresztą obydwie rodziny przywiezione od Joli mocno się wypszczeliły i zanim młode matki podjęły czerwienie, znacząco się zmniejszyły. Na szczęście było to w szczycie sezonu i dzięki temu wraz ze „zniknięciem” chorych owadów z uli i pojawieniem nowego czerwiu, pszczoły zaczęły wyglądać dobrze. Na tą chwilę ciężko stwierdzić jak bardzo porażone roztoczami są te rodziny, ale wyglądają zdrowo i stabilnie (oby nie było to złudne!). Na tym przykładzie widać jak zbawienna może być dla pszczół przerwa w czerwieniu i wydawałoby się drastyczne wypszczelenie z chorych osobników. Zobaczymy jednak, co przyniesie zbliżająca się jesień i zima, bo wiadomo, że w rodzinach wciąż może czaić się kryzys tylko chwilowo „zaleczony”.
Kolejnym tegorocznym problemem był głód. Wiele pasiek w bieżącym sezonie donosi o wyjątkowo słabych pożytkach powodujących mizerny rozwój rodzin. Podobnie było i u Łukasza w pewnych okresach. Rodziny z zimy wyszły z niewielkimi zapasami, a te zamiast rosnąć, kurczyły się w zastraszającym tempie i pszczoły praktycznie wymagały karmienia na bieżąco. Jak wiadomo nie sprzyja to tworzeniu małych rodzin i ich rozwojowi. Sytuacja wymagała więc sporych nakładów pracy i troski ze strony Łukasza.
Projekt też doznał kolejnej straty, gdyż jeden z macierzaków Joli nie przetrwał kryzysu, który objawił się też w przewiezionych do Łukasza odkładach. Na rok kolejny mamy więc już dwie rodziny do odbudowy – jedną dla Łukasza, a drugą dla Joli. Na pewno odwdzięczymy się za tegoroczną pomoc! Co jednak istotne, Fort Knox przeszedł trudny okres zwycięsko wykazując samowystarczalność. Przynajmniej na razie. Pozostając dobrej myśli, nie siadamy jednak na laurach, bo wiemy, że w przyszłym roku może być równie ciężko – i oby nie było ciężej.
Z tegorocznych spadków wyciągnęliśmy parę wniosków.
Po pierwsze i najważniejsze, że podstawą przejścia zwycięsko przez okres selekcji jest nasza współpraca. W skali w jakiej pracujemy przy pszczołach nie da się – a przynajmniej może to być bardzo trudne – ustabilizować pasiek bez wzajemnych gwarancji, współpracy i pomocy. Tegoroczne doświadczenia pokazały, że nawet pasieki liczące kilkadziesiąt pni mogą okazać się bezbronne w starciu z warrozą i innymi chorobami pszczół. Takie doświadczenia płyną również z pasiek ludzi, którzy z sukcesami przeszli przez kryzysy – jak choćby od Kirka Webstera czy Juhaniego Lundena. Nawet po kilku latach, zanim nie uda się ustabilizować całkowicie śmiertelności, każdego z nas może czekać spadek na poziomie nawet 70 – 80% – i oby nie całkowity.
Drugi wniosek jest już bardziej konkretny – Projekt „Fort Knox” powinien się rozszerzać i rozrastać, ale musi opierać się na pszczołach, które już przeszły przez jakieś wcześniejsze sito selekcyjne. Dopuszczenie całkowicie „przypadkowych” pszczół z hodowli komercyjnych może skończyć się tak jak w przypadku pszczół pozyskanych od Joli. Owszem, bilansując plusy i minusy, pszczoły te okazały się bardzo pomocne w tak trudnym roku, ale pokazały też, że dadzą się pokonać przez kryzysy i choroby. Projekt natomiast musi iść w przód i się rozwijać, dlatego powinien opierać się o genetykę selekcjonowaną, a nie stale wprowadzaną nową, która nie przeszła tzw. „testu Bonda”. Jeżeli więc nowe osoby będą chętne do wstąpienia w nasze szeregi, a same nie będą posiadały pszczół po pierwszych sitach selekcyjnych (a przecież zdajemy sobie sprawę, że prawdopodobieństwo tegoż będzie znikome), to będą musiały zaopatrzyć się w pszczoły od nas. Ale kto zechce do nas dołączyć, na pewno otrzyma każdą niezbędną pomoc, jakiej tylko zdołamy udzielić. Bez wątpienia nikt nie poskąpi matki pochodzącej z selekcjonowanej linii, a w miarę swoich możliwości podzielimy się też pakietem, rójką czy odkładem – bo przecież te pszczoły „wrócą do nas” w ramach Projektu!
Dalsze wnioski dotyczą kwestii logistycznych. Dawca – a więc osoba, która wykonuje rodziny dla innych – musi otrzymać od Biorcy (bo tak w Regulaminie określamy osobę, która otrzymuje rodzinę) starannie przygotowany ul: wypełniony ramkami z suszem, odpowiednio zabezpieczonymi przed przesuwaniem się i gnieceniem pszczół, szczelny – ale z odpowiednią wentylacją, zdatny do przewozu pszczół i z podkarmiaczką, a także odpowiedni zapas pokarmu. Jeżeli nie uda się dostarczyć suszu z pokarmem, to Biorca na pewno powinien zapewnić odpowiednią ilość cukrowego ciasta. Dawca i tak ma przecież wystarczająco zajęć w pasiece, a więc nie może martwić się o odpowiednie zapasy, czy przygotowania rodzin do przewózki dla innych.
Ten rok okazał się dla członków „Wolnych Pszczół” ciężki, ale udało nam się podnieść z zimowego upadku. Mamy nadzieję, że kolejne lata i sita selekcyjne zmniejszają prawdopodobieństwo ewentualnych całkowitych spadków w naszych pasiekach, a dalej zbliżają nas do względnej stabilizacji i równowagi. Tak głoszą doświadczenia światowe i na to liczymy. W tym roku liczba rodzin pszczelich należących do członków Stowarzyszenia znów znacząco przekroczyła 200, z czego jak szacujemy ponownie około 150 pozostanie nieleczonych. Mamy świadomość, że nie wszystkie te rodziny wywodzą się z tych, które przetrwały ciężki kryzys i zimowlę, a zatem w części inicjują proces od zera. Jednak około 60 z wymienionej liczby wywodzi się bezpośrednio z pszczół, które przeżyły kryzysy. Jest to o tyle ważne, że przecież w nich wciąż mogą występować presje selekcyjne, które zabiły pozostałe rodziny. Jeżeli zdarza się, że w tych rodzinach presje są niewielkie, to dzieje się tak tylko dzięki samym pszczołom lub prostym zabiegom pszczelarskim, jak wykonanie przerwy w czerwieniu czy podzielenie ilości warrozy „na części” przy tworzonych odkładach. Te ostatnie zabiegi, w świetle praktycznie wszystkich opinii środowiska pszczelarskiego, są niewystarczające, aby utrzymać pszczoły przy życiu. Jeżeli więc pszczoły przetrwają kolejną zimowlę, będzie to tylko dzięki nim samym. Dzięki jakimś mechanizmom genetycznym lub środowiskowym, które, miejmy nadzieję, zaczną się coraz częściej ujawniać w naszych pasiekach.
Trzeba też nadmienić, że w kolejnych kilkudziesięciu rodzinach ze wspomnianych 150, które jesienią nie zostaną poddane zabiegom „leczniczym”, czerwią matki wywodzące się z pszczół, które przeżyły ostatnią zimowlę. Te rodziny jednak tworzone były na bazie pszczół „leczonych”, które musieliśmy kupić wiosną, aby odbudować potencjał naszych pasiek. One również są nośnikami cennej dla nas genetyki, ale też mamy świadomość, że utworzenie rodzin z robotnic, które jesienią zostały oczyszczone z pasożytów, jest poddaniem ich znacząco mniejszej presji, a zatem zwiększeniem ich szansy na przetrwanie najbliższej zimy. To oczywiście może być plusem dla naszych pasiek, ale też przy okazji spowolnieniem selekcji. Niezależnie od wszystkiego, jak zawsze testem posiadanych linii genetycznych okaże się najbliższa zimowla, a następnie kolejny sezon. Oby był bogatszy w pożytki i rozpoczął się lepiej niż bieżący!
Za tegoroczną pomoc w ramach Fortu Knox jeszcze raz serdecznie dziękujemy Łukaszowi i Joli!
The post Ciężkie chwile „Fortu Knox” czyli niemiłe dobrego początki first appeared on Wolne Pszczoły.
]]>The post „Fort Knox” w praktyce first appeared on Wolne Pszczoły.
]]>W czasie niedawnego, jesiennego zjazdu Stowarzyszenia przyszedł czas na podsumowanie pierwszego, pilotażowego roku „Fort Knox”. Przy okazji usiedliśmy nad regulaminem, bo był już na to czas najwyższy, aby wreszcie spisać zasady. W małej grupce łatwiej i prościej dogadywać się bez nadmiernych formalności, ale wraz z rozwojem i rozrostem struktur niestety trzeba „pobawić się” w spisanie pewnych reguł współpracy. A nie mamy co ukrywać: liczymy, że coraz więcej chętnych odda pszczoły do wspólnej puli, gdyż na tym możemy skorzystać wszyscy – a zwłaszcza w początkowych latach selekcji, kiedy musimy się wszyscy liczyć z dużymi spadkami. Przez pierwszy rok pojawiło się kilka problemów i zagadnień, wymagających dyskusji i wypracowania najlepszego rozwiązania. Te kwestie zostały przez nas uregulowane, ale chyba wszyscy mamy świadomość, że w toku dalszego działania „Fortu” pojawią się nowe problemy i nie dla każdego z nich uda się znaleźć proste, regulaminowe rozwiązanie. Stąd też zapewne niektóre zasady będą wymagały dalszych modyfikacji czy uszczegółowienia w przyszłości, a na dziś zostawiliśmy sobie pewną furtkę – w razie wątpliwości decyzję podejmie wybrany demokratycznie koordynator projektu.
Jednym z problemów, jaki przed nami stanął, była kwestia dopuszczenia do projektu osób spoza Stowarzyszenia. Tu ścierały się różne podejścia i tak naprawdę oba rozwiązania mają swoje wady i zalety. Ostatecznie dopuściliśmy do udziału w projekcie osoby, które nie są formalnymi członkami Stowarzyszenia, ale z pewnymi ograniczeniami. Trzeba też pamiętać, że całość projektu musi opierać się na zasadzie wzajemnego zaufania (bo przecież nikt nikogo nie zamierza kontrolować, a musimy mieć pewność jakości selekcji i zachowania zasad), a więc już tylko z tego powodu nie możemy myśleć o nieograniczonym dostępie osób do naszego grona.
Ale przejdźmy do tego, co faktycznie udało się w ramach projektu zrobić. Przecież ostatecznie wypracowany regulamin i zasady każdy będzie mógł sobie przeczytać samemu (Regulamin Projektu można pobrać na dole strony i w zakładce Stowarzyszenia), a faktyczne działanie projektu jest na pewno bardziej interesujące niż sprawy formalne.
W ramach pilotażu pięciu członków stowarzyszenia zgłosiło do wspólnej puli kilkanaście rodzin pszczelich. Nie jest to wielka liczba, ale też trzeba pamiętać, że to tylko niewielki procent rodzin pszczelich poddawanych selekcji, a projekt ma tworzyć zachętę i dać swoistą gwarancję, a nie budować całkowitą pulę selekcyjną.
Tak jak można się było spodziewać, nie wszystkie rodziny pszczele przeżyły… Po poprzedniej zimie 4 rodziny się osypały i pojawiła się konieczność namnażania pozostałych, aby uzupełnić straty. Lepiej czy gorzej udało się to zrobić i prawdopodobnie wszystkie nowo utworzone rodziny dostały przynajmniej niewielką szansę na przetrwanie – mamy głęboką nadzieję, że sobie poradzą.
Oczywiście powstały też problemy logistyczne. Jest nas na razie niewielu i mieszkamy w dużej odległości od siebie. Wyjazd po pszczoły – nawet darmowe – kilkaset kilometrów od domu, wcale niełatwo zorganizować, gdy robota pali się w rękach w czasie sezonu. A przecież wszyscy jeszcze gdzieś pracujemy, a i roboty przy domu nigdy nie brakuje. W każdym razie jakoś się udało i koledzy, którzy stracili pszczoły podczas zimowli, otrzymali odkłady od pozostałych. Im więcej nas będzie tym łatwiej, bo będzie można znaleźć kogoś z Fortu bliżej siebie, lub organizować jakieś wspólne wyjazdy po więcej rodzin pszczelich.
W sezonie pojawił się jednak jeszcze inny problem, z którego każdy zdawał sobie sprawę, ale jakoś nie brał pod uwagę przy tworzeniu początkowych założeń. Bo przecież nieleczone rodziny pszczele umierają nie tylko w czasie zimy. Tak naprawdę mogą się osypać o każdej porze roku, dowolnego dnia. Po pierwszym sezonie przy braku leczenia, o ile okresowo i regionalnie nie wystąpią jakieś wyjątkowo złe warunki lub zjadliwy szczep patogenu, większość rodzin daje radę jakoś przezimować. Ale od ilości roztoczy wiosną i ogólnej kondycji pszczół zależy, czy i kiedy ujawni się kryzys. Część rodzin wychodzi z zimy silna, aby potem „skisnąć” i upaść lub trwać w kilku uliczkach. O ile więc Fort Knox w początkowym wydaniu miał być odpowiedzią na straty zimowe, to musieliśmy go rozszerzyć tak naprawdę na cały rok. Faktycznie okazało się, że w sezonie 2016 w kilku rodzinach pszczelich ujawniły się kryzysy i pszczoły się osypały. Już na dziś mamy więc kilka rodzin do odnowienia w sezonie 2017. Zobaczymy, czy zima będzie łaskawa i jak duże straty ujawnią się najbliższej wiosny. Nie da się ukryć, że w przypadku strat do 50% całej puli projektu, nie powinniśmy mieć większych trudności z uzupełnieniem ubytków – to przecież „tylko” 1 odkład z żyjącej rodziny. Jak się okazuje, nie zawsze jest to takie proste, żeby go wykonać, gdy rodziny słabną i coś im dolega, a tak zdarzyło się i w tym roku. Liczymy jednak, że po pierwszych ciężkich latach sytuacja się ustabilizuje, coraz łatwiej będzie uzupełniać straty, a pszczół nieleczonych będzie coraz więcej.
Na dziś pozostało nam tylko czekać na wiosnę. Każdy już jakiś czas temu, najlepiej jak potrafił i zgodnie z zewnętrznymi warunkami oraz stanem zdrowia pszczół, przygotował rodziny do zimowli. Ważne, że do projektu już zgłosiły się nowe osoby, a inni zwiększyli swoją pulę w ramach tej wspólnej. I oby tak dalej – w jedności siła!
The post „Fort Knox” w praktyce first appeared on Wolne Pszczoły.
]]>The post Fort Knox, czyli nasza rezerwa „złota” first appeared on Wolne Pszczoły.
]]>A jak się to ma do pszczół? O tym za chwilę.
Pszczelarstwo naturalne, a zwłaszcza jego najbardziej radykalny odłam, czyli pszczelarstwo, w którym nie stosuje się żadnych metod zwalczania warrozy ma szereg problemów z przebiciem się do świadomości pszczelarzy. Stawia mu się szereg zarzutów – od barbarzyńskich założeń, przez nieracjonalność i naiwność, do całkowitej nieopłacalności ekonomicznej i konieczności stałego rozpoczynania od zera. Każdy, kto widzi długofalową potrzebę rezygnacji z jakichkolwiek metod zwalczania roztoczy (nieważne czy metod „twardej chemii” czy też „naturalnych”) natrafia na szereg zagadnień, z którymi musi się zmierzyć.
Przede wszystkim taki pszczelarz jest sam. Nie ma znikąd pomocy. Sąsiedzi prawie na pewno go nie wspomogą, a chętniej spaliliby mu pasiekę (takie groźby są częste) lub po kryjomu odymili jego pszczoły apiwarolem, żeby choroby nie przeniosły się na ich pnie (ten argument jest absurdalny, ale to nie tekst o tym, żeby się z nim rozprawiać). Dookoła wszędzie latają trutnie z rodzin nieprzystosowanych do zagrożenia jakim jest warroza. Pszczelarz nie chcący leczyć to na dziewięćdziesiąt dziewięć procent amator, który ma dwa, pięć czy choćby nawet i trzydzieści pni. To genetyczna kropla w morzu latającego nieprzystosowania. Do tego przecież pszczelarz dopiero chce zacząć swoją selekcję, a więc jego pszczoły wcale nie są zauważalnie lepiej przystosowane do radzenia sobie z roztoczem. Jeżeli uda mu się przejść przez pierwszy etap selekcji to utrzymanie przystosowania w takich warunkach będzie graniczyło z niemożliwością. Jeżeli przez kilka lat uda się coś wypracować, a w malutkiej pasiece przyjdzie kryzys (choćby nie był spowodowany chorobami, a na przykład wytruciem pszczół przez nieodpowiedzialnego rolnika), to… ostatnich kilka lat selekcji jest straconych. Trzeba wszystko zaczynać od zera. Znów od pszczół z komórki 5.4 mm. Znów od pszczół całkowicie nieprzystosowanych genetycznie do radzenia sobie z roztoczem. Beznadziejność tej sytuacji jest tak duża, że większość amatorów nie ma większych szans na poradzenie sobie z problemem.
I tak narodził się pomysł na współpracę w ramach naszego Stowarzyszenia. Żeby mieć szansę na przyszłość pszczół bez leczenia musimy mieć dostęp do kilkudziesięciu, a najlepiej stu kilkudziesięciu rodzin. Musimy rozsiać je na dużym obszarze, aby unikać lokalnych zagrożeń, które mogłyby zniweczyć nasz wieloletni trud (choć też musimy starać się możliwie rozpowszechniać lokalnie obiecujący materiał genetyczny, aby zwiększać prawdopodobieństwo odpowiedniego unasiennienia matek).
Po kilku pomysłach, którym daleko było do doskonałości, na przykład wzajemnej pomocy finansowej na zakup pszczół, powstał projekt o nazwie Fort Knox. Autorem pomysłu jest kolega Marcin ze Stowarzyszenia „Wolnych Pszczół”. Projekt polega na bezgotówkowej wzajemnej pomocy poprzez przekazywanie sobie rójek lub pakietów (ewentualnie odkładów, jeżeli gospodarujemy na tym samym typie uli), na uzupełnienie własnych strat. Pomysł błyskotliwy w swojej prostocie.
Dziś rozpoczęliśmy projekt pilotażowy na sezon 2016 – pilotaż obejmuje ograniczoną liczbę osób i skromną liczbę zgłoszonych rodzin. Wstępne założenia zostały przygotowane (o tym troszkę niżej), ale w ramach pierwszego roku prób, chcemy wypracować właściwe reguły i z czasem rozszerzać swoją działalność (kto wie, być może nawet poza grono członków „Wolnych Pszczół”). Dziś na bazie bardzo nielicznej grupy pszczelarzy, którzy zgłosili akces do projektu, kierując się wzajemnym zaufaniem, chcemy na własnej skórze poznać potencjalne problemy jakie mogą powstać w ramach współpracy, aby następnie opracować właściwą, ostateczną wersję reguł przedsięwzięcia. Tak, aby każdy wiedział na co może liczyć, ale też co wkłada od siebie w wypracowanie przyszłego celu.
A jakie są założenia współpracy?
Każdy z uczestników zgłasza do wspólnej bazy określoną liczbę rodzin pszczelich, które od tej chwili stają się niejako naszą wspólną własnością, choć każdy opiekuje się sam swoimi pszczołami, zgodnie z regułami pszczelarstwa naturalnego. Podstawowymi zasadami hodowli mają być: brak ingerencji chemicznej i selekcja naturalna. Zgodnie z założeniem, każdego roku nastąpi ocena stanu posiadania wspólnej bazy i pszczoły, którym udało się przetrwać zostaną rozmnożone na uzupełnienie stanu zgodnie ze zgłoszeniami poszczególnych uczestników. Ci, którzy zgłosili więcej rodzin zapewne w lepszych latach będą musieli oddać innym więcej pszczół, ale też i mogą liczyć na szersze uzupełnienie własnych strat od innych, gdy coś pójdzie nie tak.
Projekt pilotażowy „Fort Knox” zaczynamy już dziś, choć każdy z nas inaczej przygotował rodziny pszczele do zimowli i nie wszyscy z nas wypełnili całkowicie założenia projektu (przede wszystkim z uwagi na suchy sierpień praktycznie u każdego konieczne było karmienie cukrem). Dziś po prostu musimy przetestować te założenia w praktyce.
Co taki projekt nam da?
Przede wszystkim wspólnie poszerzamy bazę selekcjonowanych pszczół. Wszyscy w pewnym stopniu uniezależniamy się od lokalnych kryzysów (jak wspomniałem wyżej, niekoniecznie związanych z chorobami pszczół). Koledzy mający bardzo niewielkie pasieki, w których prawdopodobieństwo utraty całości stanu posiadania jest wyższe, mają szansę na to, że nie będą zaczynać od zera, a od punktu gdzie cała społeczność Fortu Knox znajduje się w danym momencie. Wszyscy korzystamy również na stałym wzbogacaniu różnorodności genetycznej pszczół, zawężanej lokalnie w toku selekcji. Dzięki podjęciu tej współpracy mamy nadzieję zachęcić również innych do podjęcia wspólnego ryzyka w słusznej sprawie, które wraz z rozwojem pomysłu może po prostu stać się mniejsze.
Z chwilą startu nikt z nas nie jest już sam. Jeżeli projekt ruszy i sprawdzi się, to wraz z upływem czasu zdobycie pszczół nie poddawanych działaniu chemii nie będzie już niemożliwe. Fort Knox stanie się rezerwą naszego „złota” – zdrowych pszczół, mających coraz większą szansę w starciu z warrozą!
The post Fort Knox, czyli nasza rezerwa „złota” first appeared on Wolne Pszczoły.
]]>