Art. prasowe | Wolne Pszczoły http://wolnepszczoly.netlify.app Stowarzyszenie Pszczelarstwa Naturalnego Wolne Pszczoły Thu, 03 Mar 2022 12:16:51 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=5.8.3 Selekcja na odporne pszczoły w Stevens Bee Company http://wolnepszczoly.netlify.app/selekcja-na-odporne-pszczoly-w-stevens-bee-company/ Sat, 23 Nov 2019 12:34:50 +0000 http://wolnepszczoly.netlify.app/?p=1908 Stevens profesjonalnie hoduje pszczoły odporne na choroby. Nie stosuje leków (TF beekeeping). Leczyć czy nie leczyć? Stevens uważa, że amator może próbować pszczelarstwa TF, ale planem minimum jest zdobycie odpornego pogłowia, umiejętność hodowli matek, rozpoznanie chorób, bezwzględna wymiana matek, a przede wszystkim nie pozostawianie pszczół bez opieki, ze względu na rozprzestrzenianie chorób. Dzięki sztucznemu unasiennianiu utrzymuje wypracowaną wcześniej odporność linii, którą planuje dalej szlifować.

The post Selekcja na odporne pszczoły w Stevens Bee Company first appeared on Wolne Pszczoły.

]]>
Streszczenie TL;DR

Stevens profesjonalnie hoduje pszczoły odporne na choroby.  Nie stosuje leków (TF beekeeping). Leczyć czy nie leczyć? Stevens uważa, że amator może próbować pszczelarstwa TF, ale planem minimum jest zdobycie odpornego pogłowia, umiejętność hodowli matek, rozpoznanie chorób, bezwzględna wymiana matek, a przede wszystkim nie pozostawianie pszczół bez opieki, ze względu na rozprzestrzenianie chorób. Dzięki sztucznemu unasiennianiu utrzymuje wypracowaną wcześniej odporność linii, którą planuje dalej szlifować.

Od tłumacza:
Artykuły te są kompilacją tekstów właściciela firmy pszczelarskiej w USA z Missouri zajmującej się głównie hodowlą i sprzedażą matek pszczelich oraz także produkcją miodu. Oryginalne teksty pochodzą z firmowej strony i sklepu internetowego https://www.stevensbeeco.com, a choć dedykowane są raczej pszczelarzom amerykańskim, to i w polskich warunkach, moim zdaniem, możemy z nich wyciągnąć cenne wskazówki, co do prób związanych z tzw. pszczelarstwem bez leczenia. Choć to oczywiste, na wszelki wypadek napiszę, że wszelkie sugestie autora, drogi czytelniku, stosujesz na swojej pasiece, na własną odpowiedzialność.

Stevens Bee Company: o nas

Naszym głównym celem jest selekcja i hodowla pszczół miodnych odpornych na choroby i roztocza. Aby to osiągnąć nie stosujemy żadnych środków leczniczych. Naszym zdaniem to najlepsza metoda, aby przetestować kandydatów do hodowli. Poza odpornością na choroby i roztocza selekcjonujemy na miodność. Słabsze rodziny wymagające jesienią karmienia nie przechodzą do dalszego etapu hodowli. Lubimy także, kiedy nasze pszczoły są łagodne, aby zarówno dla początkujących pszczelarzy oraz tych bardziej doświadczonych, praca przy pszczołach była przyjemnością. Oferujemy również nieprzetworzony miód, który w wyniku unikania stosowania zabiegów leczniczych na naszych pasiekach, jest z pewnością wolny od zanieczyszczeń po środkach roztoczobójczych i antybiotykach.

Leczyć czy nie leczyć: oto jest pytanie

Zagadnienie to jest bardzo kontrowersyjne w środowisku pszczelarzy i wywołało już niezliczone polemiki. Dlaczego więc nie pokusić się o napisanie kilku własnych przemyśleń na ten temat? Krótkie studia stron pszczelarskich na Facebooku pokażą nieco argumentów w związku z tym problemem. „Powielasz pszczoły, które nie mają odporności na roztocza!”, twierdzi zwolennik pszczelarstwa bez leczenia (treatment free beekeeping). „Produkujesz bomby roztoczowe!” ripostuje zwolennik usuwania roztoczy. Kto więc ma rację? A może obydwie strony? Po wysłuchaniu wspaniałych debat na ten temat i przemyśleniu sprawy, doszedłem do wniosku, że jest to po prostu walka między rozwiązaniami krótkoterminowymi, a rozwiązaniami długoterminowymi. Poza tym, tak jak każde pszczelarskie zagadnienie, pełne jest wielu zmiennych, które komplikują problem.

Naturalna selekcja jest bardzo potężnym mechanizmem filtrującym, który funkcjonuje tak długo, jak długo trwa życie na naszej niebieskiej planecie. To jest główny powód, dla którego ludzie decydują się nie leczyć pszczół, obok tego, że nie podoba im się dodawanie substancji chemicznych do ula. Tom Glenn z Glenn Apiaries uświadomił sobie kiedyś, co robi, kiedy wycinał kawałek plastra do zjedzenia bezpośrednio z ula, a jego dłuto natrafiło na pasek Apistanu. Glenn był pionierem w produkcji hodowlanej wydajnych matek pszczelich odpornych na roztocza. Używałem jego pogłowia w mojej praktyce przez wiele lat i byłem pod wielkim wrażeniem. Niestosowanie środków roztoczobójczych szybko ujawnia, co ma potencjalną odporność, a co jej nie ma. Dlatego postanowiłem nie leczyć, gdyż moim jedynym celem jest hodowla produktywnych pszczół odpornych na choroby i szkodniki. To był najtrudniejszy, ale i najbardziej skuteczny test. Ta metoda jest długoterminowym rozwiązaniem na potrzeby hodowli lepszych pszczół, które w porównaniu do wielu innych nie wymagają rozpieszczania. Oczywiście, nie obejdzie się bez kompromisów i ryzyka.

Chociaż uważam, że naturalna selekcja stanowi skuteczne narzędzie hodowli na cechy odporności, nie polecałbym nieleczenia jako generalnego sposobu na pszczelarstwo dla hobbystów unikających manipulowania pszczołami (hands off beekeeping). Chowanie głowy w piasek i ignorowanie potencjalnych problemów, nie jest dobrym rozwiązaniem. Choroby i roztocza są prawdziwym zagrożeniem i mogą zostać rozprzestrzenione na sąsiednie rodziny poprzez rabowanie. Szczególnie podczas braku wziątku z pożytku pszczoły mają tendencję do rabowania słabszych rodzin, co niewątpliwie może powodować roznoszenie chorób i roztoczy. Nie twierdzę, że nie da się tego zrobić z poziomu hobbystów, ale trzeba dysponować gotowym źródłem odpornego pogłowia, aby wymienić matkę w problematycznych ulach, lub narobić nukleusów (małych odkładów), aby zredukować straty. To jest plan minimum. Wszystko poniżej sprawi, że napotkasz problemy w zrównoważonym rozwoju pasieki i potencjalnie wygenerujesz problemy dla sąsiadujących uli.

Jeśli chcesz jednak spróbować pszczelarstwa wolnego od leczenia, poleciłbym Ci kilka rzeczy, aby zachować równowagę. Przede wszystkim, stań się biegłym w hodowli matek. Dotyczy to zresztą zarówno pasiek leczonych i nieleczonych. Jest to cenna umiejętność, która otwiera wiele drzwi w pszczelarstwie. Po drugie, zdobądź pogłowie przeselekcjonowane na zestaw cech związanych z odpornością na choroby i roztocza. Selekcjonowanie na bazie rójek i zwykłego komercyjnego pogłowia to twardy orzech do zgryzienia, w procesie którego stracisz wiele pszczół. Wybierz coś ze sprawdzonymi cechami odporności takimi jak: VSH, higieniczność lub grooming, aby dodać je do Twojej puli genów. Po trzecie, nie cackaj się ze słabymi lub chorymi rodzinami. Wymieniaj w nich matki jak najszybciej. Jeśli będziesz produkował dobre jakościowo matki z odpornego pogłowia, będziesz się mniej wahał nad wymianą matek pozbawionych odpowiedniego poziomu odporności i wymianą słabej genetyki w rodzinach. Skupienie się na tych trzech zagadnieniach ogromnie poprawiło moją gospodarkę i może również poprawić Twoją.

Odporne pszczoły?

Co ludzie rozumieją pod terminem odporne pszczoły? Termin ten może dotyczyć kilku cech behawioralnych lub genetycznych, które pozwalają rodzinie na dalsze funkcjonowanie i przetrwanie, nawet jeśli nie zostaną uwolnione od chorób i szkodników poprzez różne zabiegi lecznicze. Najbardziej skutecznymi cechami, jakie widziałem są: VSH (varroa sensitive hygiene) i odporność na choroby wirusowe sprzężone z roztoczami. VSH to zestaw cech, które pozwalają pszczołom wykrywać roztocza w fazie reprodukcji w czerwiu krytym, oraz otwierać i usuwać takie zakażone poczwarki. Przerywa to cykl reprodukcji roztoczy bez interwencji chemicznej. Zwrócono uwagę, że pszczoły zostawiają roztocza w wieku nieprodukcyjnym w spokoju, a skupiają się na tych, co wychowują swoje młode. Odkrycie to było wcześniej nazywane SMR (supressed mite reproduction) ze względu na osłabienie poziomu populacji roztoczy w ulu przez zwalczanie reprodukcji roztoczy. Termin ten został zmieniony na VSH po tym, jak odkryto, że jest to wariant higienicznego instynktu pszczół. Pszczoły VSH są niezwykle higieniczne, co daje im także silną odporność na grzybicę otorbielakową i zgnilca amerykańskiego. Jestem wielkim fanem cech VSH. Wdrażałem je do swojego inwentarza od wielu lat, z pozytywnymi wynikami.

Często pomijanym mechanizmem ogólnej odporności jest odporność na wirusy. Widziałem wiele rodzin, które miały dość wysoki poziom roztoczy, ale nigdy nie było u nich widać zdeformowanych skrzydeł i innych oczywistych oznak zakażenia wirusowego. Odporność wirusowa dała się wyraźnie zauważyć, skoro przetrwały zimę, wytwarzały nadwyżki miodu i żyły dalej pomimo wysokiego poziomu porażenia. Jeśli skrzyżować pszczoły VSH z wysoce odpornymi na wirusy sprzężone z roztoczami, otrzymasz generalnie dość odporną pszczołę. Inny znany mechanizm odpornościowy to allogrooming lub autogrooming. Ta cecha powoduje, że pszczoły fizycznie usuwają foretyczne osobniki pasożyta, gryząc je i uszkadzając im nogi, czy zewnętrzny pancerz. To całkiem fajna cecha. W ciągu ostatnich kilku lat wdrożyłem znane linie Purdue Mite1 o cechach groomingowych za pomocą sprowadzonych matek nieunasiennionych, które następnie inseminowałem nasieniem trutni VSH. Mam nadzieję, że w gniazdach pojawią się obie cechy. Oczekuję korzystnego ich połączenia. Roztocza będą nie tylko zwalczane podczas próby rozmnażania w czerwiu krytym, ale także w fazie foretycznej, przyczepione do dorosłych pszczół. Czas pokaże, czy to się opłaciło, ale podejrzewam, że tak się stanie.

Czy matki naturalnie unasiennione zachowają cechy odporności na choroby i roztocza?

Jeśli obie linie rodzicielskie wykazały odporność na choroby i roztocza, to nawet po naturalnym unasiennianiu można oczekiwać, że ich potomstwo, także wykaże zestaw podobnych cech. Przez lata nabywaliśmy matki VSH od innych. Wszystkie one, w stanie larwy, były przekładane przez innych hodowców, a większość wykazywała wysoki stopień odporności na roztocza. Przestaliśmy w końcu kupować materiał z zewnątrz i pracujemy nad własnymi celami. Wzmacnia to naszą różnorodność i daje nam znacznie lepiej dostosowane lokalnie pszczoły. Minusem jest większa zmienność cech VSH, co oznacza zmniejszenie częstotliwości występowania tego konkretnego genu (allelu? przyp. tłum.). Do puli genów dodaliśmy także cechy allogroomingu za pomocą kilku linii Purdue Mite.

Zmierzam do tego, że jakaś jedna cecha odporności na dręcza pszczelego jest super, ale co jeśli z powodzeniem połączyłeś wiele cech na jednym plastrze z czerwiem? Pracujemy właśnie nad zintegrowaniem hodowli ze sztuczną inseminacją wykorzystywaną w modelu hodowli zamkniętej populacji, gdzie wyeliminujemy naturalne unasiennianie utrzymując różnorodność, aby zachować nasz wypracowany wzór odporności na plastrze z czerwiem. Spodziewam się, że im więcej pokoleń wyprodukujemy, tym zobaczymy coraz większą spójność w odniesieniu do odporności na roztocza, ponieważ ich liczba będzie podstawowym kryterium selekcji dla kandydatów do tej hodowli.

Cory Stevens 2017-2018
Skompilował i przetłumaczył za zgodą autora: Jakub Jaroński 2019
Artykuł został także opublikowany w listopadowym numerze miesięcznika Pszczelarstwo (11/2019).
Zdjęcia: archiwum Stevens Bee Company.

1. Artykuł na temat programu hodowlanego Uniwersytetu Purdue: https://extension.entm.purdue.edu/beehive/our-breeding-program

The post Selekcja na odporne pszczoły w Stevens Bee Company first appeared on Wolne Pszczoły.

]]>
Wywiad z Leoszem Dworskim: Bez jedu to nejde? http://wolnepszczoly.netlify.app/wywiad-z-leoszem-dworskim-bez-jedu-to-nejde/ Mon, 28 Oct 2019 11:03:59 +0000 http://wolnepszczoly.netlify.app/?p=1892 Streszczenie TL;DR W artykule Leosza Dworskiego “Bez jedu do nejde” jest opisana cała jego metoda selekcji pszczół w kierunku odporności na choroby: warrozę i nosemozę. Aktualnie, poza zabiegami biotechnicznymi, dopuszcza leczenie punktowe kwasem mrówkowym i tymolem. Najbardziej groźna, według niego, to ostatnia faza choroby rodzin pszczelich. Dworski obserwuje rodziny swoją, ponoć najdokładniejszą metodą. Sam się […]

The post Wywiad z Leoszem Dworskim: Bez jedu to nejde? first appeared on Wolne Pszczoły.

]]>
Streszczenie TL;DR

W artykule Leosza Dworskiego “Bez jedu do nejde” jest opisana cała jego metoda selekcji pszczół w kierunku odporności na choroby: warrozę i nosemozę. Aktualnie, poza zabiegami biotechnicznymi, dopuszcza leczenie punktowe kwasem mrówkowym i tymolem. Najbardziej groźna, według niego, to ostatnia faza choroby rodzin pszczelich. Dworski obserwuje rodziny swoją, ponoć najdokładniejszą metodą. Sam się przekonał, że tzw. dzikie pszczoły w barciach nie mają jakiś specjalnych właściwości. Nie wierzy w tzw. bombę roztoczową. Najważniejszy u niego jest test przeżycia.

 

CC-BY fot:  Eva Zahradnická
CC-BY fot: Eva Zahradnická

Pszczelarz Leosz Dworski (Leos Dvorsky) urodził się w 1954 r. Mieszka w Mladá Boleslav w Republice Czeskiej. Zajmuje się, hodowlą pszczół na cechy związane z ich odpornością na choroby. W 2012 r. założył organizację Sance Pro Vcely (Szansa dla pszczół), która zrzesza czeskich pszczelarzy. Jej celem jest stopniowa selekcja pszczół w kierunku większej odporności na choroby i inne aktualne zagrożenia. Zapraszam do wywiadu z Panem Dworskim oraz do spróbowania przeczytania tekstów jego autorstwa po czesku, na temat swoich eksperymentów i wniosków, których wiele opublikował na swojej stronie internetowej: http://dvorsky.leos.sweb.cz

Jakub Jaroński: Od kiedy zajmuje się Pan pszczelarstwem?

Leosz Dworski: Od 1964 roku.

Jakie są współcześnie największe zagrożenia dla rodzin pszczelich?

Stres, niedobór pokarmu, słaba odporność immunologiczna, Nosema cerenae, warroza, choroby wirusowe.

Od kiedy i dlaczego nie używa Pan regularnie tzw. „syntetycznych akarycydów” w gospodarce pasiecznej?

W 30% od 2003 roku, w 50% od 2004 roku, w 100% od r.2005 roku. Dlatego, że uniemożliwiają obiektywną ocenę rodzin pszczelich i ich selekcję.

Proszę powiedzieć jaka jest Pana metoda na dojście do pszczół, które nie potrzebują leczenia?

Dobre pytanie. Prószę przeczytać mój artykuł „Bez jedu to nejde?1. Tam jest wszystko na ten temat. Kto do tego dorósł, to zrozumie. Kto nie, musi jeszcze czytać.

Jak wyłapywał Pan rodziny do leczenia? Czy metoda ta polega na stopniowej minimalizacji użycia kwasu mrówkowego? Jaki duży procent aktualnie u Pana, to rodziny nieleczone? Czy w międzyczasie miał Pan duże straty? Czy Pańską metodą można uniknąć dużych strat?

Mam swoją metodę obserwacji uszkodzonych pszczół, które jest najdokładniejsza. Mój system opiera się na zabiegach leczniczych tylko wtedy, kiedy rodzina sama nie dałaby rady. Mam na myśli tzw. leczenie punktowe, czyli w tej chwili np. 1 rodzinę na 20-30 rodzin itd. Kwas mrówkowy lub tymol to jedyna chemia, która dopuszczam. Pierwszeństwo jednak daję zabiegom biotechnicznym. Oczywiście, że bez strat to się nie uda. Widzę, że Pan myśli o skopiowaniu jakieś metody, ale to jest ciężkie. Musi Pan do wszystkiego dorosnąć i zmienić punkt widzenia. W Pańskich pytaniach wyczuwam podejście komercyjne. Radzę Panu nie próbować tego kierunku.

Co Pan robi z rodzinami, które nie radzą sobie z chorobami?

Uczę się od nich.

Co Pan sądzi o problemie tzw. „bomby roztoczowej”, tudzież reinwazji warrozy?

Nie wierzę. W końcu problem warrozy w postaci „czystej“ jest chyba już rozwiązany, nawet bez chemii. Bardziej problematyczna jest faza końcowa. Czyli to, w co porażenie może
się ostatecznie przekształcić. Nie wierzę już od dawna, że pszczoły muszą paść na warrozę typu A. Nawet czysto teoretycznie, wystarczy do tego prosty rachunek. W naturze w sierpniu już od dawna wszystko jest przygotowane do zimowli i nawet parę tysięcy sztuk warrozy nie może pszczołom zaszkodzić. One tego się w dużym stopniu pozbędą, zaś w części zadziała (sama) natura.

Co Pan sądzi o metodzie tzw. „selekcji naturalnej“, polegającej m.in. na tym, aby nie ingerować w śmierć uli z powodu chorób? Tym samym pozwolić pszczołom przejść wąskie gardło selekcji na pasiekach, na podobnej zasadzie, według zwolenników tej metody, jak w dzikiej przyrodzie.

Nie interesuje mnie to. W naturze to działa inaczej, ale można to przybliżyć. Proszę przeczytać „Bez jedu to nejde?“.

Czy kontroluje Pan poziom porażenia warrozy i nosemy?

Oczywiście. Wszystkie moje rodziny mam trybie eksperymentalnym.

Czy na rodzinach, które nie wymagają leczenia można gospodarować podobnie, jak na tych, które wymagają leczenia? Czy są słabsze od leczonych? Czy dają może mniej miodu?

Oczywiście. Musi Pan wiedzieć, co jest najważniejsze. Rozpoznać problem i warunki, a następnie zdecydować się co zrobić dalej.

Co to jest „medna komora“?

Ponownie odsyłam Pana na moją stronę internetową i przeczytanie o miodnej komorze2. W skrócie chodzi o to, aby zapewnić rodzinie miodu pod dostatkiem przez cały rok, tak aby były zdolne do zazimowania w dowolnym momencie, np. w czerwcu.

Jaka jest różnica dla pszczół pomiędzy miodem i cukrem? Czy warto podkarmiać cukrem, czy lepiej zostawić pszczoły na miodzie? Jaki jest Pański system podkarmiania?

Różnica jest taka jak pomiędzy mięsem wieprzowym, a kwaśnym ogórkiem. Miód to kompletnie innym pokarm. Dłuższy komentarz jest zbędny.

Jakie ma Pan u siebie napszczelenie? Czy duże napszczelenie jest istotnym problemem, aby dojść do pszczół nieleczonych?

Miałem 5-6 pasieczysk i w sumie 100 rodzin. Dzisiaj mam 2 pasieczyska i 30 rodzin.

Czy zapobiega Pan błądzeniu pszczół pomiędzy ulami? Ile uli powinno stać na jednym pasieczysku? Czy różnice pomiędzy rozmieszczeniem dzikich siedlisk w przyrodzie a zagęszczeniem uli na pasieczysku mogą istotnie wpływać na ich przeżywalność i zdrowie? A jeżeli tak, to w jaki sposób trzeba to uwzględnić w gospodarce pasiecznej?

Czasami tak, a czasami nie. W każdym razie rozmieszczenie uli służy mi do badania zalatywania pszczół do innych uli. Prowadzę selekcje na mniejsze zalatywanie.

Co sądzi Pan o dzikich pszczołach i bartnictwie?

Bartnictwo to wielka moda, ale na tych samych zasadach można prowadzić rodzinę pszczelą w ulach nowoczesnych, co sam staram się robić. Dzisiaj dzikie pszczoły są rzadkością. Nie mają zdecydowanie jakiś szczególnych właściwości, o czym sam się przekonałem. Ten urok jest gdzie indziej. Znowu odsyłam pana do mojego artykułu „Bez jadu to nejde“.

Jakim systemem hoduje Pan pszczoły? Czy prowadzi Pan linie mateczne i ojcowskie? Jak wybiera Pan najlepszy materiał do dalszej hodowli?

Nie rozumiem pytania. To oczywiste. Wybieram według wyników testów. Najważniejszy jest test przeżycia.

Na jakich pszczołach Pan gospodaruje? Co sądzi Pan o podgatunku Apis mellifera mellifera i Apis mellifera carnica?

Hoduję pszczołę miejscową, czyli krzyżówki krainki. Każda rasa ma swoje zalety, które zależą od rodzaju selekcji u hodowcy. Nie istnieje cudowna pszczoła. Pszczelarz musi je poznać i działać według tej wiedzy.

Co Pan uważa za najważniejsze dla zdrowia pszczół?

Środowisko i jego zrozumienie u pszczelarza.

Ile miodu udaje się średnio Panu wyprodukować?

Mogę Panu tylko podać wartość minimalną i maksymalną, czyli od 0 do 196 kg. Jeżeli będzie Pan patrzył na pszczelarstwo naturalne, jak na produkcję miodu, to ten kierunek w ogóle nie jest dla Pana.

Czy poza miodem pozyskuje Pan inne produkty pszczele? A jak tak to jakie?

Miód, wosk, propolis.

Na jakim ulu Pan gospodaruje i dlaczego?

2/3 Langstroth. Zawdzięczam to przypadkowi. Pszczoły rozwiązały już dawno kwestie ula i wymiaru ramki. Dla pszczelarza to tylko metoda na wygodę pracy.

Czy rodzaj ula ma znaczenie dla zdrowia pszczół i ich większej przeżywalności?

Wszystko musi się zgrać: środowisko, pszczoły, pszczelarz i metody działania. Wszystko jest ze sobą powiązane. Wybór ula jest tylko narzędziem do odpowiedniej metody działania. Jeżeli będzie Pan prowadził rodzinę pszczelą, tak jak dziś robią to inni, to kwestia ula jest nieistotna. Wszystko robione jest dokładnie odwrotnie w porównaniu do naturalnego biorytmu pszczół.

Rozmawiał: Jakub Jaroński 2018
Tłumaczył: Wacław Sciskala, Jakub Jaroński
Wywiad autoryzowany

Przypisy:

  1. Leosz Dworski, Bez jedu to nejde?, 2015: http://dvorsky.leos.sweb.cz/CLANKY/Bez_jedu_to_nejde4.editace.s.obrazky.pdf
  2. Leosz Dworski, Jeste k medne komore, http://dvorsky.leos.sweb.cz/CLANKY/jeste_k_MK.htm; Leosz Dworski, Medne komora v niskych nastavcich.: http://dvorsky.leos.sweb.cz/Sance_pro_vcely/med_komora_v_NN_2.pdf

The post Wywiad z Leoszem Dworskim: Bez jedu to nejde? first appeared on Wolne Pszczoły.

]]>
Aperiodyczny biuletyn naszego Stowarzyszenia „Wolnopszczelarstwo”, numer pierwszy http://wolnepszczoly.netlify.app/aperiodyczny-biuletyn-naszego-stowarzyszenia-wolnopszczelarstwo-numer-pierwszy/ Tue, 19 Mar 2019 20:10:35 +0000 http://wolnepszczoly.netlify.app/?p=1825 Z ogromną satysfakcją oddajemy w Państwa ręce pierwszy numer „Wolnopszczelarstwa”, bezpłatnego biuletynu Stowarzyszenia Pszczelarstwa Naturalnego Wolne Pszczoły. Wydając pismo chcieliśmy uporządkować wybrane artykuły z naszej strony internetowej w trochę innej postaci, a przede wszystkim docenić wartość słowa pisanego w formie tradycyjnej, a zarazem poszerzyć grono odbiorców, którzy nie dotarli do tekstów ukazujących się w formie […]

The post Aperiodyczny biuletyn naszego Stowarzyszenia „Wolnopszczelarstwo”, numer pierwszy first appeared on Wolne Pszczoły.

]]>
Z ogromną satysfakcją oddajemy w Państwa ręce pierwszy numer „Wolnopszczelarstwa”, bezpłatnego biuletynu Stowarzyszenia Pszczelarstwa Naturalnego Wolne Pszczoły.

Wydając pismo chcieliśmy uporządkować wybrane artykuły z naszej strony internetowej w trochę innej postaci, a przede wszystkim docenić wartość słowa pisanego w formie tradycyjnej, a zarazem poszerzyć grono odbiorców, którzy nie dotarli do tekstów ukazujących się w formie elektronicznej, w zasobach internetowych Stowarzyszenia. Dlatego biuletyn ukazał się też w limitowanej wersji papierowej.

Na treść pierwszego numeru składa się krótki opis historii i działalności „Wolnych Pszczół”, a także wybór artykułów, które dotychczas ukazały się na naszej stronie internetowej. Dominują tłumaczenia anglojęzycznych tekstów autorstwa pszczelarzy praktyków, którzy od wielu lat prowadzą swoje pasieki nie stosując żadnych „leków” ani substancji chemicznych służących do zwalczania pszczelich chorób i pasożytów. Nie widzimy powodu, dla którego nie moglibyśmy się posiłkować wiedzą i doświadczeniem starszych stażem kolegów zza granicy, w tym z drugiego brzegu Wielkiej Wody. Na tłumaczenia składają się zatem artykuły wykładowcy i hodowcy matek pszczelich – Michaela Busha; wybitnego pszczelarza zawodowego – Kirka Webstera; oraz artysty, muzyka, pisarza, a wreszcie pszczelarza hobbysty – Charlesa Martina Simona. Nasze polskie podwórko dopiero raczkuje w takich formach uprawiania pszczelarstwa, gromadzimy doświadczenia i wiedzę. Jesteśmy jednak przekonani, że w kolejnych numerach Biuletynu znajdzie się więcej tekstów rodzimego pochodzenia.

Zapraszamy też do lektury wywiadu z jednym z największych polskich autorytetów z dziedziny pszczelnictwa, profesorem Jerzym Woyke, który zdecydował się na rozmowę z nami o pszczołach i pszczelarstwie, w tym również o tych jego aspektach, które interesują nas najbardziej. Za co niniejszym jeszcze raz Profesorowi dziękujemy!

W numerze nie mogło również zabraknąć artykułów autorstwa członków naszego Stowarzyszenia. Znalazł się tu zatem opis „Fortu Knox”, flagowego projektu „Wolnych Pszczół”, o którym pisze bloger i propagator pszczelarstwa naturalnego Bartłomiej Maleta oraz tekst Krzysztofa Smirnowa o łapaniu rojów.

Na koniec chcemy wyjaśnić, że nasz Biuletyn zamierzamy wydawać jako aperiodyk, a więc będzie się on ukazywał w nieregularnych odstępach czasowych. Mamy jednak nadzieję, że kolejny numer ukaże się niebawem.

Serdecznie zapraszamy do lektury

Redakcja

„Wolnopszczelarstwo” w PDF

Post scriptum: Na cele edukacyjne posiadamy dla chętnych ograniczoną ilość nakładu wersji papierowej. Jeżeli ktoś z szanownych czytelników ma ochotę wejść w jego posiadanie, poprosimy aby napisał na adres elektroniczny redakcji wraz opisaniem planu edukacyjnego i celów jakie zamierza w ten sposób realizować.

The post Aperiodyczny biuletyn naszego Stowarzyszenia „Wolnopszczelarstwo”, numer pierwszy first appeared on Wolne Pszczoły.

]]>
„Musimy być bardziej jak pszczoły” – czyli raport z konferencji w całości poświęconej pszczelarstwu bez zwalczania warrozy – cz. 2 http://wolnepszczoly.netlify.app/musimy-byc-bardziej-jak-pszczoly-czyli-raport-z-konferencji-w-calosci-poswieconej-pszczelarstwu-bez-zwalczania-warrozy-cz-2/ Thu, 19 Jul 2018 17:22:48 +0000 http://wolnepszczoly.netlify.app/?p=1709 Artykuł ukazał się w lipcowym wydaniu miesięcznika Pszczelarstwo Na konferencji wykład wygłosił także fiński hodowca Juhani Lunden (www.buckfast.fi). Pszczelarz ten od 2001 roku prowadzi hodowlę pszczół w kierunku odporności na pasożyta. W pierwszych latach (2001 – 2008) leczył warrozę kwasem szczawiowym, każdego roku zmniejszając dawki aż do zaledwie kilku mililitrów na rodzinę pszczelą. Od wykonania […]

The post „Musimy być bardziej jak pszczoły” – czyli raport z konferencji w całości poświęconej pszczelarstwu bez zwalczania warrozy – cz. 2 first appeared on Wolne Pszczoły.

]]>
Artykuł ukazał się w lipcowym wydaniu miesięcznika Pszczelarstwo

Na konferencji wykład wygłosił także fiński hodowca Juhani Lunden (www.buckfast.fi). Pszczelarz ten od 2001 roku prowadzi hodowlę pszczół w kierunku odporności na pasożyta. W pierwszych latach (2001 – 2008) leczył warrozę kwasem szczawiowym, każdego roku zmniejszając dawki aż do zaledwie kilku mililitrów na rodzinę pszczelą. Od wykonania ostatniej kuracji w 2008 roku jego pasieka pozostaje nieleczona do dziś, choć trzeba przyznać, że w tym okresie hodowca również miewał okresowo duże straty (nawet do 70%). Obecnie dysponuje wprawdzie niewielką liczbą pni, ale w przeciągu kilku najbliższych lat planuje wrócić do stanu wyjścia – 150 rodzin pszczelich. Jest to prawdopodobnie jeden z niewielu projektów selekcyjnych na taką skalę wykorzystujący w okresie przejściowym systematyczne zmniejszanie dawek substancji biobójczych. Lunden stwierdził, że do takiego sposobu postępowania przekonała go swoista obawa, że gdy porzuci od razu leczenie pszczół bez wstępnej selekcji, mogą przeżyć “niewłaściwe”, czy też raczej: “przypadkowe” pnie. Dzięki stałemu zmniejszaniu dawek kwasu i zwiększaniu presji roztoczy na pszczoły, mógł natomiast obserwować rodziny pod kątem wykazywania przez nie genetycznych mechanizmów odpornościowych i dobierać odpowiednie reproduktorki do dalszej selekcji. W tym miejscu należy nadmienić, że Junani Lunden posiłkuje się sztucznym unasiennieniem pszczół, więc jest w stanie mniej lub bardziej kontrolować genetykę populacji na swojej pasiece. Hodowca uważa też, że tego typu selekcja może być stosowana przez około 10 lat, po czym prawdopodobnie zaistnieje konieczność wprowadzenia do populacji “świeżej krwi”, z uwagi na inbred, grożący genetycznym osłabieniem populacji. Jako ciekawostkę można dodać, że zdaniem Lundena wraz z zaprzestaniem z leczenia, może nieco wzrastać obronność pszczół. Nieleczone pszczoły mają według niego lepsze powonienie i tym samym intensywniej reagują na bodźce feromonowe.

Juhani Lunden
Juhani Lunden

Kolejną prelekcję wygłosił szwedzki hodowca Erik Österlund, twórca pszczoły Elgon. W pierwszym okresie hodował ją według metody Buckfast, ale, jak sam zaznacza, dziś już tej metody nie stosuje. W wywiadzie udzielonym dla “Wolnych pszczół” stwierdził, że metoda Buckfast opiera się dziś na gdybaniach “co by zrobił Brat Adam”, podczas gdy działania hodowców prawdopodobnie rzadko odpowiadają jego rzeczywistym poglądom i intencjom. Österlund bynajmniej nie stwierdził, że zna intencje wielkiego hodowcy pszczoły Buckfast – i właśnie dlatego tak już swojej metody nie nazywa. Zaznaczył podczas wykładu, że się cieszy, iż nie każdy ma takie same poglądy, bo gdyby tak było, wszyscy tkwilibyśmy w miejscu, zamiast się rozwijać. Przytoczył też zdanie przypisywane Albertowi Einsteinowi, mówiące o tym, że aby osiągnąć postęp, trzeba podważać autorytety. Tak też próbuje pracować sam i namawia do tego innych. Jako dygresję dodam, że podobne zdanie wygłosił w udzielonym nam wywiadzie prof. Jerzy Woyke, podkreślając, że różnorodność poglądów i działań jest podstawą najzdrowszych społeczności. Erik Österlund, w przeciwieństwie do Johna Kefussa, uważa zjawisko “bomby roztoczowej” za zagrożenie dla selekcji, a nie jej narzędzie (trzeba przy tym zaznaczyć, że praktyka i założenia selekcyjne obu panów są całkowicie różne), gdyż pasieki funkcjonują w warunkach zgoła innych niż pszczoły w naturze. On sam podejmuje leczenie (tymolem), kiedy zaobserwuje wystąpienie objawów chorobowych u pszczół. W swojej pasiece opiera się głównie na badaniu objawów wirusa zdeformowanych skrzydeł (DWV) oraz stopnia porażenia. Przez pewien okres oceniał również tzw. cechę VSH odpowiedzialną za usuwanie (lub odsklepianie) poczwarek porażonych roztoczami. W swoim programie uznał jednak to ostatnie badanie za mało przydatne. Dodał przy tym, że selekcja na niskie porażenie roztoczami jest przy okazji selekcją na zmniejszenie rabowania, gdyż w czasie rabunków porażenie pszczół roztoczami gwałtownie rośnie. Jeżeli więc rodziny pszczele utrzymują niską liczbę roztoczy, oznacza to, że zarówno same nie rabują, jak i skutecznie stawiają mu opór. Po leczeniu rodziny pszczelej Österlund wymienia w niej matkę na wyhodowaną z linii najdłużej nieleczonych i równocześnie takich, które spełniają inne kryteria hodowli skutecznej ekonomicznie. Obecnie, w jego pasiece znajdują się rodziny pszczele nieleczone od 4 lat, a w ubiegłym roku bez jakiegokolwiek leczenia pozostawała ponad połowa pasieki. Hodowca podkreślił znaczenie równowagi mikrobiologicznej w ulu dla zdrowia pszczół. A ta jest zaburzana nieustannym leczeniem i stale narastającymi dawkami substancji chemicznych podawanych przez pszczelarzy. Zaznaczył też, że istotnymi bodźcami przystosowania organizmów żywych są tzw. czynniki epigenetyczne, a więc czynniki, które warunkują ekspresję genów odpowiedzialnych za przystosowanie do bieżących warunków środowiskowych. Organizmy podobne genetycznie mogą więc posiadać różne cechy zewnętrzne i przejawiać różne zachowania (tzw. fenotyp) w zależności od środowiska, w jakim występują. Wspomniane cechy mogą się pojawiać nawet wówczas, gdy nie dały się zauważyć w poprzednich pokoleniach, a następnie zanikać. Zdaniem Österlunda, stałe i nieustanne kuracje chemiczne niewątpliwie blokują taki rodzaj przystosowania.

Wywiad z Erikiem Osterlundem
Wywiad z Erikiem Osterlundem

Kolejnym i ostatnim już wykładowcą pierwszego dnia był Wolfgang Wimmer – pszczelarz z Austrii, który odstawił środki chemiczne do walki z warrozą i zastąpi je specjalnymi podgrzewaczami. Jak wiadomo, pszczoły czy czerw lepiej tolerują wyższe temperatury niż roztocza. Pomysł Wimmera polega na podgrzewaniu zainfekowanych ramek z czerwiem do temperatury, która powoduje śmierć znajdujących się w nich roztoczy. Aby jednak nie przegrzewać wielu plastrów z czerwiem, Wimmer zdecydował się na zastosowanie w ulach dwuramkowych izolatorów w okresie przygotowania do kuracji. Gdy pozostały czerw w ulu się wygryza, do ramek w izolatorze trafia aż do 80% wszystkich roztoczy z całej rodziny pszczelej. Po odpowiednim ogrzaniu plastry mogą wrócić do gniazda i resztą już zajmują się same pszczoły. Według Wimmera metoda podgrzewania zaburza funkcjonowanie całej rodziny pszczelej w najmniej inwazyjny sposób, a już na pewno nie niszczy tworzącej się równowagi ekosystemów. Metoda ta może być używana jako metoda wspomagająca podczas prowadzenia innego rodzaju selekcji.

Drugi dzień konferencji zaczął się od ciekawego wykładu prowadzonego przez ucznia i współpracownika prof. Jürgena Tautza z Uniwersytetu w Würzburgu – Torbena Schiffera (http://beenature-project.com/). Schiffer opowiedział przede wszystkim o tym, jak stworzyć optymalne warunki dla mikrożycia współistniejącego z pszczołą miodną. Wykład uwzględniał w szczególności wyniki jego badań dotyczących zaleszczotka książkowego (Chelifer cancroides), pajęczaka lubującego się w polowaniach na dręcza pszczelego. Większość uli używanych w nowoczesnej gospodarce pasiecznej nie jest przystosowana do podtrzymywania biologicznych zależności, jakie wykształciły się w naturalnych schronieniach dla pszczół, czyli w dziuplach drzew. W związku z powyższym, Schiffer rozpoczął badania dotyczące życia w ulu od poznania całej fizyki naturalnej dziupli, a w szczególności istniejących tam zależności temperaturowych oraz wilgotności i związanej z tym kondensacji. Ule jednościenne okazują się podatne na zwiększoną wilgoć, co z kolei sprzyja rozwojowi wielu organizmów patogennych. Dodanie dennicy osiatkowanej, zwanej też “higieniczną”, wprawdzie rozwiązuje w większości problem nadmiaru wilgoci, ale powoduje bardzo duże dobowe i roczne wahania temperatur w ulu. Samym pszczołom zdaje się to nie szkodzić (w niektórych aspektach może nawet pomaga), ale niewątpliwie ma wpływ na warunki bytowe szeregu innych organizmów, które potrzebują stabilniejszego środowiska do wykształcenia odpowiednich populacji i zrównoważonych relacji –przykładem takich organizmów są zaleszczotki. Okazuje się więc, że chcąc stworzyć optymalne warunki dla symbiontów pszczół oraz innych organizmów budujących zdrowe zależności ekologiczne, należy modyfikować ule i zapewniać im odpowiednią izolację (zarówno ścian, daszków czy dennic) oraz stosować daszki odpowiednio regulujące wilgoć. Tu za wzór mogą posłużyć choćby rozwiązania stosowane czasem w ulach typu Warre, mające daszki będące niejako korpusami z podłożoną od spodu (acz nad gniazdem) siatką, w których znajduje się różnego rodzaju biologiczny materiał taki jak próchno, trociny, liście czy ściółka leśna. Materiał ten pochłania i oddaje wilgoć w zależności od bieżącej sytuacji, regulując i stabilizując w ten sposób środowisko ulowe.

Schiffer poruszył też zagadnienie propolisu – nie tylko jako środka bakteriostatycznego, ale także regulatora wilgotności w ulu. Stwierdził, że w naturalnej dziupli zajmowanej przez pszczoły, cały “strop” jest dokładnie wypropolisowany, co sprzyja przenikaniu pary wodnej do drzewa, ale nie pozwala skroplonej wodzie wrócić do pszczelego gniazda. Aby stymulować wytworzenie się odpowiedniej populacji zaleszczotków w ulu, Schiffer stosuje specjalne dennice z wkładkami, w których pajęczaki mogą tworzyć siedliska, a na łowy wyruszać do pszczelego gniazda, systematycznie ograniczając populację roztoczy. Być może same zaleszczotki nie rozwiążą problemu warrozy, ale stworzone metodą Schiffera dobre warunki w całym ulu sprawią, że dobrze poczują się w nim i inne przyjazne pszczołom organizmy, a to poprawi kondycję samych pszczół. Na pewno ani ule styropianowe, ani nawet gładkie i szlifowane drewniane nie spełniają warunków, o jakich mówił Schiffer. W jego ocenie najlepsze, bo najbardziej zbliżone do naturalnych warunki pszczelego siedliska są ule stojaki. Leżaki o niskiej ramce, jak np. popularny w środowisku pszczelarzy naturalnych kenijski ul snozowy (tzw. TBH) pozostawiają wiele do życzenia.

Kolejnym prelegentem był Andre Wermelinger ze szwajcarskiego stowarzyszenia “Free the bees”, co można tłumaczyć jako “Uwolnić pszczoły” (www.freethebees.ch), a więc, jak się zdaje, siostrzanego zrzeszenia do naszych „Wolnych Pszczół”, choć nieco starszego. Wermelinger opowiedział o oddolnych inicjatywach, jakie podejmowane są w Szwajcarii w celu przekonania pszczelarzy do podejmowania metod pszczelarstwa przyjaznego pszczołom, a także o propagowaniu przez jego zrzeszenie potrzeby powrotu pszczół do natury. Działania stowarzyszenia obejmują promocję długofalowego celu, jakim jest prowadzenie pasiek niewymagających wspomagania przy użyciu substancji chemicznych. Stowarzyszenie “Free the bees” organizuje także warsztaty z budowania kłód bartnych i szkolenia dotyczące bioróżnorodności oraz szeroko rozumianego pszczelarstwa naturalnego. Wermelinger podkreślił wagę bogatych i różnorodnych pastwisk pszczelich i konieczność dostosowania liczby bytujących na nich rodzin pszczelich do ich obfitości.

Po wykładzie Wermelingera na podium ponownie pojawiła się Heidi Herrmann. Przypomniała słuchaczom o tym, jak dawniej patrzono na rodzinę pszczelą – jako na jednolitą, acz złożoną istotę. Opowiedziała również o realizowanych przez swoją organizację zadaniach polegających przede wszystkim na edukacji o roli pszczół w ekosystemie i metodach prowadzenia pszczelarstwa przyjaznego pszczołom. Jako jedno z głównych zadań swojej organizacji podała naukowe dokumentowanie zasadności podejmowania naturalnych metod w pszczelarstwie. Zaznaczyła, że pszczoła wcale nie potrzebuje pszczelarza, aby dobrze funkcjonować w naturze. To raczej my, ludzie, potrzebujemy pszczół. Powinniśmy więc zwracać uwagę na to, jak dbać o środowisko, aby pszczoły dobrze się w nim czuły – przede wszystkim tworzyć jak najwięcej niedoglądanych siedlisk oraz bazy pożytkowe poprzez uprawy i nasadzenia roślin miododajnych. Herrmann podkreśliła, że w naszych działaniach powinniśmy być bardziej jak pszczoły niż jak ludzie. Powinniśmy się nauczyć współpracować tak jak one i podobnie jak one rozwiązywać nasze konflikty w drodze zgodnej dyskusji – jak to opisywał choćby prof. Thomas Seeley w książce “Honey bee democracy” (tłum. “Demokracja pszczoły miodnej”). W dalszej części wykładu Herrmann przedstawiła szereg bohaterów historii pszczelarstwa – w tym również tej nieodległej – którzy przyczynili się do kształtowania odpowiedniej wizji pszczoły jako nieodzownego elementu ekosystemu, a nie tylko producenta miodu.

Po wystąpieniu Heidi Hermann nastąpiła odmienna w treści, lecz podobna w wymowie prezentacja Ralfa Rössnera. Rössner również zaprezentował podobne spojrzenie na złożoność pszczelej rodziny, mówiąc o niszczeniu zdrowego superorganizmu poprzez stosowane metod pszczelarstwa intensywnego. Podkreślił, że pszczoły są zdecydowanie zdrowsze, gdy pozwala się im na funkcjonowanie zgodne z ich naturalnym cyklem życiowym – na przykład w niewielkich ulach wspierających gospodarkę rojową. Jako przykład podał gospodarkę w oblepianych gliną kószkach, z którymi zetknął się zresztą w Karpatach na terenie Polski.

Następnym prelegentem był nasz polski kolega Piotr Piłasiewicz z „Bractwa Bartnego” (www.bartnictwo.com). Opowiedział o programie ochrony rodzimych linii pszczół (Apis mellifera mellifera oraz Apis mellifera carnica linia Dobra), ze szczególnym uwzględnieniem pszczoły linii Augustowskiej, jako bliskiej jego sercu. Piłasiewicz mieszka bowiem w rejonie Puszczy Augustowskiej i w zasadzie na co dzień “współpracuje” z tamtejszą pszczołą. W swoim wykładzie opisał słuchaczom na czym polega gospodarka w poszczególnych strefach ochronnych (tj. centralnej, ochronnej/izolacyjnej i buforowej) w Puszczy Augustowskiej i jaki jest potencjał zachowania genów miejscowej pszczoły dla przyszłych pokoleń – pszczoły najlepiej przystosowanej do leśnego środowiska północno-wschodniej Polski. Opowiedział również o swojej bartniczej pasji, podkreślając jej istotną rolę we wspomaganiu programów ochronnych pszczół, takich jak w rejonie Augustowa.

Konferencję zakończyła moja prezentacja działalności Stowarzyszenia Pszczelarstwa Naturalnego “Wolne Pszczoły” (www.wolnepszczoly.netlify.app). Wystąpienie dotyczyło w szczególności projektu selekcyjnego, pomysłu naszego stowarzyszeniowego kolegi Marcina Zarka, opracowanego z myślą o małych pasiekach hobbystycznych. Muszę, być może trochę nieskromnie, przyznać, że projekt ten spotkał się z bardzo wielkim zainteresowaniem zarówno ze strony organizatorów konferencji i innych prelegentów, jak i słuchaczy. Chwalono przede wszystkim pomysłowość i prostotę naszego rozwiązania, a już nazajutrz po konferencji zaczęły do nas spływać informacje o rozpoczęciu prac nad wdrożeniem podobnych projektów w Austrii i Niemczech, być może również w Szwajcarii. Kilku prelegentów zaproponowało propagowanie naszego projektu podczas innych pszczelarskich wydarzeń, w których wezmą udział w najbliższym czasie. Dla nas to oczywiście powód do dumy. Cieszy nas, że przykład z Polski – do tego wywodzący się z naszego niewielkiego zrzeszenia – spotkał się z tak dobrym przyjęciem i tak dużym zainteresowaniem. Heidi Herrmann, nawiązując do swojego wcześniejszego wystąpienia oświadczyła, że to właśnie nam, choć dysponujemy skromnymi środkami i niewielkim potencjałem organizacyjnym, udało się rozpocząć współpracę podobną do tej, jaką prezentują pszczoły. Na koniec otrzymałem też zaproszenie do udziału w kolejnym podobnym wydarzeniu, tj. konferencji “Learning from the bees” (tłum: “Ucząc się od pszczół”) współorganizowanej przez Natural Beekeeping Trust i kilka innych organizacji w Europie w dniach 31 sierpnia do 2 września 2018 roku w Doorn w Holandii (https://www.naturalbeekeepingtrust.org/conference).

Wróćmy jednak do naszego projektu selekcyjnego. Kiedy w 2015 roku założyliśmy nasze stowarzyszenie, chcieliśmy przede wszystkim zaprezentować pszczelarzom inny punkt widzenia na pszczoły i pszczelarstwo oraz wspomagać się wzajemnie w selekcji coraz zdrowszych i odporniejszych pszczół. Wiedzieliśmy, że prowadzenie pasiek bez zwalczania warrozy nie jest łatwym zadaniem dla amatorów i mieliśmy świadomość, że są niewielkie szanse na to, by każda z naszych pasiek z osobna miała wystarczająco duży potencjał selekcyjny do pokonania roztoczy. Potrzebowaliśmy więc projektu, który pozwoliłby nam na ciągłość selekcji, dał gwarancję, że nikt z nas nie zostanie bez pszczół, a także wykorzystał każdy dostępny potencjał selekcyjny, a więc również niewielkie pasieki amatorskie składające się z kilku pni. W czasie burzy mózgów, gdy pojawiały się różne pomysły, jak choćby ten, by gromadzić środki na zakup pszczół do selekcji, wspomniany już Marcin Zarek zaproponował, byśmy zagwarantowali sobie wzajemnie, że ten, kto straci pszczoły, otrzyma odkłady od innych ze „wspólnej” nieleczonej puli. Pomysł od razu spodobał się większości, więc dopracowaliśmy szczegóły i rozpoczęliśmy współpracę. Tak powstał projekt, któremu nadaliśmy nazwę amerykańskiej bazy wojskowej, będącej równocześnie federalną rezerwą złota Stanów Zjednoczonych – “Fort Knox”. Uznaliśmy, że nazwa ta idealnie pasuje do rezerwy naszego wspólnego “złota”, jakim są pszczoły selekcjonowane, niepoddawane leczeniu przeciwko warrozie. Nie chcę się wdawać w szczegóły, jednak muszę dodać, że pomimo wielu przeciwności losu, w ostatnich latach projekt dowiódł swojej wartości i dziś możemy się pochwalić ciągłością wspólnej selekcji, mimo iż niektórzy z nas mają niewielkie indywidualne zasoby. “Fort Knox” odpowiedział też na wiele praktycznych problemów, z jakimi borykają się pszczelarze chcący zaprzestać stosowania toksyn w pasiekach. Wymienieni wyżej prelegenci, naukowcy i słynni hodowcy pszczół przekazywali wspaniałą i ciekawą wiedzę o aspektach selekcji pszczół w dużych, zawodowych pasiekach oraz ogrom wiedzy teoretycznej o biologii rodziny pszczelej oraz pszczelarstwie przyjaznym pszczołom. My jednak odpowiedzieliśmy na konkretne i praktyczne pytanie słuchaczy – jak pszczelarz amator może przełożyć tę wiedzę do własnej małej pasieki? Okazuje się, że wystarczy współpraca oparta na zaufaniu. Zainteresowanych szczegółami projektu, zasadami na jakich on funkcjonuje oraz historią współpracy odsyłam na stronę internetową Stowarzyszenia Pszczelarstwa Naturalnego “Wolne Pszczoły” (http://wolnepszczoly.netlify.app/tag/fortknox/). Na naszym kanale Youtube znajdą się również nagrania części wykładów z konferencji oraz wywiady z wybranymi prelegentami.

Podsumowując, pragnę wyrazić nadzieję, że dzięki takim wydarzeniom jak opisana powyżej konferencja, pszczelarstwo, jakie zdecydowaliśmy się uprawiać zaistnieje wreszcie w świadomości pszczelarzy jako równoprawna praktyka i stanie się przedmiotem zgodnej i merytorycznej dyskusji. Pszczelarstwo niezwalczające warrozy jest możliwe i praktykuje się je na świecie z dużymi sukcesami, choć trzeba przyznać, że w Europie kontynentalnej jest wciąż trudne i wiąże się z dużymi stratami. Skoro jednak nawet w pasiekach, gdzie stosuje się zabiegi przeciwko roztoczom rokrocznie i tak odnotowuje się coraz większe średnie straty, czy nie nadszedł już aby czas na refleksję? Alternatywa jest na wyciągnięcie ręki, a konferencja pokazała bardzo dużą rozpiętość pomysłów i podejść – od bardzo “inżynieryjnej” selekcji Juhani Lundena, poprzez “test Bonda”, czyli pozostawienie pszczół selekcji naturalnej, aż do filozoficznej wizji pszczoły miodnej jako samoświadomego organizmu będącego częścią całego ekosystemu.

Erik Österlund twierdzi, że każdy może podjąć własną selekcję odpornych pszczół – trzeba tylko chcieć. Powtarza przy tym, że cała selekcja wcale nie musi być “perfekcyjna”, wystarczy, aby była “poprawna”, by zaistniał pozytywny długofalowy skutek. Wielu naukowców, w tym również z Polski, twierdzi, że wystarczyłoby już kilkuletnie ograniczenie przewożenia pszczół na wielkie odległości, aby stan ich zdrowia zauważalnie się poprawił. Pomimo tego zamiast rozwijać lokalną i przystosowaną „genetykę”, sprowadzamy matki pszczele z odległych rejonów i nie tylko krzyżujemy naszą „genetykę” z pszczołami gorzej przystosowanymi do miejscowych ekosystemów, ale także sprowadzamy obce patogeny i organizmy inwazyjne. Czyż nie tak Varroa rozpoczęła swoją wędrówkę po Europie? John Kefuss jest zdania, że większość środowiska pszczelarskiego wyznaje tzw. “efekt mañana”, który sprowadza się do zasady: “nie rób dziś tego, co kto inny zrobi za ciebie jutro”. Niech przesłaniem tej konferencji będzie to, że my wszyscy razem i każdy z osobna decydujemy o tym, jak będzie wyglądać pszczelarstwo w przyszłości.

Bartłomiej Maleta

The post „Musimy być bardziej jak pszczoły” – czyli raport z konferencji w całości poświęconej pszczelarstwu bez zwalczania warrozy – cz. 2 first appeared on Wolne Pszczoły.

]]>
„Musimy być bardziej jak pszczoły” – czyli raport z konferencji w całości poświęconej pszczelarstwu bez zwalczania warrozy – cz.1 http://wolnepszczoly.netlify.app/musimy-byc-bardziej-jak-pszczoly-czyli-raport-z-konferencji-w-calosci-poswieconej-pszczelarstwu-bez-zwalczania-warrozy-cz-1/ Wed, 13 Jun 2018 18:47:24 +0000 http://wolnepszczoly.netlify.app/?p=1698 Artykuł ukazał się w czerwcowym wydaniu miesięcznika Pszczelarstwo W dniach 7 – 8 kwietnia 2018 roku miałem zaszczyt, ale również i niewątpliwą przyjemność uczestniczyć w pierwszej w Europie konferencji w całości poświęconej pszczelarstwu nie praktykującemu leczenia pszczół, na której reprezentowałem Stowarzyszenie Pszczelarstwa Naturalnego „Wolne Pszczoły”. Konferencja odbyła się w Neusiedl am See we wschodniej Austrii. […]

The post „Musimy być bardziej jak pszczoły” – czyli raport z konferencji w całości poświęconej pszczelarstwu bez zwalczania warrozy – cz.1 first appeared on Wolne Pszczoły.

]]>
Artykuł ukazał się w czerwcowym wydaniu miesięcznika Pszczelarstwo

W dniach 7 – 8 kwietnia 2018 roku miałem zaszczyt, ale również i niewątpliwą przyjemność uczestniczyć w pierwszej w Europie konferencji w całości poświęconej pszczelarstwu nie praktykującemu leczenia pszczół, na której reprezentowałem Stowarzyszenie Pszczelarstwa Naturalnego „Wolne Pszczoły”. Konferencja odbyła się w Neusiedl am See we wschodniej Austrii. I choć dopiero ustąpiły mrozy, pogoda dopisała na tyle, że udało mi się połączyć moje dwie pasje, czyli pszczelarstwo i podróże rowerowe. Do miejsca spotkania dojechałem moim jednośladem, obładowany bagażami. To niewątpliwie wzbudziło zainteresowanie zgromadzonych tam pszczelarzy, ale na pewno nie odciągnęło nikogo od tematu, który ich tam przywiódł.

Bartłomiej Maleta - Neusiedl
Bartłomiej Maleta – Neusiedl

Jak się okazało na miejscu, sama idea zorganizowania takiej konferencji narodziła się dość spontanicznie, a mianowicie w rozmowie pszczelarzy amatorów na Facebooku. Pewien zamieszkały w Austrii pszczelarz od kilku lat nie zwalczający warrozy, Norbert Dorn, zdecydował się zorganizować spotkanie pszczelarzy nieużywających żadnych substancji chemicznych w swoich pasiekach. Od słowa do słowa, niewinny plan spotkania towarzyskiego przerodził się w ideę zaproszenia największych pszczelarskich sław Europy podejmujących trud selekcji odpornych pszczół i zorganizowania konferencji. Gdy się dowiedziałem o tym projekcie, w pierwszej chwili uznałem, że spotkanie odbędzie się po prostu zbyt daleko, żeby ot tak „wyskoczyć na weekend”. Ostatecznie jednak zdecydowałem, że nie mogę zrezygnować z udziału w wydarzeniu tak doniosłym dla pszczelarstwa, jakie zdecydowałem się praktykować. Z pomocą niemieckiej pszczelarki Sibylle Kempf, podobnie jak my propagującej potrzebę odejścia od stosowania pestycydów i substancji biobójczych w praktyce pasiecznej, skontaktowałem się z Norbertem Dornem i poprosiłem o możliwość reprezentowania na konferencji stowarzyszenia „Wolne Pszczoły”. Ku mojej radości wyraził zgodę i w ten sposób nasz udział w tym wydarzeniu się urzeczywistnił. Spotkanie zgromadziło około 90 uczestników i prelegentów z wielu krajów Europy, w tym z Anglii, Austrii, Finlandii, Francji, Niemiec, Polski, Szwajcarii i Szwecji. Podczas konferencji obowiązywały dwa języki wykładowe – angielski i niemiecki.

Otwarcie konferencji przypadło na sobotni poranek. Po przywitaniu prelegentów i publiczności przez organizatorów, nastąpiło krótkie wystąpienie przedstawicieli miejscowych władz, starających się podkreślić rolę pszczoły miodnej w ekosystemie i rolnictwie. Wyrazili oni zadowolenie z powodu zorganizowania konferencji na ich terenie, a także z powodu stale rosnącej populacji pszczół w miejscowych pasiekach. Jak to nierzadko w takich sytuacjach bywa, niezwłocznie po zakończeniu swojego wystąpienia, opuścili salę, nie czekając nawet na rozpoczęcie merytorycznej części spotkania.

Wykład otwierający konferencję wygłosiła Heidi Herrmann, przedstawicielka prężnej organizacji brytyjskiej Natural Beekeeping Trust (https://www.naturalbeekeepingtrust.org/), która zajmuje się propagowaniem pszczelarstwa przyjaznego pszczołom – zwanego czasem również pszczelarstwem naturalnym. Sama Heidi Herrmann w swojej pasiece nie stosuje żadnych medykamentów do zwalczania roztoczy już od wielu lat. Przyznaje jednak otwarcie, że na Wyspach Brytyjskich taka praktyka jest o wiele łatwiejsza niż w krajach Europy kontynentalnej, a straty zbliżone do pasiek, w których walczy się z warrozą. Herrmann podkreśliła, że jadąc z lotniska do Neusiedl am See, widziała pola uprawne przypominające pustynie dla pszczół. Komentując szybkie opuszczenie sali przez przedstawicieli władz, wyraziła ubolewanie, że ich zrozumienie dla potrzeb pszczół i pszczelarstwa jest tak niewielkie.

Heidi Herrmann
Heidi Herrmann

Okresowy głód i niedożywienie powodują, że pszczoły nie mogą przetrwać bez wspomagania substancjami, które na dłuższą metę są dla nich toksyczne, a pszczelarze nie chcą zaprzestać leczenia z obawy przed olbrzymimi stratami. Stwierdziła, że władze, zamiast cieszyć się ze wzrostu liczby pni pszczelich na terenach rolnictwa uprawianego na skalę przemysłową i ubogich w różnorodne pożytki, powinny raczej zająć się budową pszczelich pastwisk i edukacją miejscowych rolników. Trzeba przy okazji zaznaczyć, że edukacja jest potrzebna w każdym kraju. Ja sam, w czasie mojej podróży do Neusiedl kilkakrotnie widziałem rolników – zarówno na Słowacji jak i w Austrii (a przecież w Polsce nie jest też inaczej) – stosujących opryski na świeżo kiełkujące rośliny uprawne, podczas wyjątkowo silnych wiatrów, które zwiewały cały oprysk z pól. A to przecież nie tylko grozi skażeniem okolicznych ekosystemów, ale i z punktu widzenia rolnika jest zabiegiem pozbawionym sensu. Edukacja jest więc potrzebna zawsze i wszędzie.

Po otwarciu, pierwszy wykład wygłosił Jürgen Küppers, który pokrótce opisał historię i perspektywy zdrowego pszczelarstwa na przyszłość. Podkreślił, że pszczelarstwo tak naprawdę wstąpiło na równię pochyłą już w czasach Langstrotha, a w ostatnich dziesięcioleciach nastąpił gwałtowny spadek odporności pszczół. To zbiegło się rzecz jasna z uprzemysłowieniem rolnictwa i całkowitą zmianą myślenia o efektywności produkcji rolnej i pszczelarskiej. W ulach pojawiła się węza z powiększoną komórką pszczelą (5.4 – 5.7 mm), a także izolatory czy kraty odgrodowe, które zaburzały komunikację wewnątrz pszczelego gniazda. Wraz z rozpoczęciem karmienia pszczół na zimę cukrem, przeżywały coraz słabsze rodziny, co następnie powodowało rozpowszechnianie się populacji gorzej przystosowanej genetycznie.

Jurgen Kuppers
Jurgen Kuppers

Pojawienie się roztoczy Varroa przypieczętowało ten proces. Jürgen Küppers przypomniał, że w chwili nadejścia roztoczy pasieki przeżyły olbrzymie załamania, co skłoniło pszczelarzy do desperackiej walki z dręczem pszczelim (Varroa destructor). Walka ta od tego czasu stale się nasilała, gdyż efekt wywołany przez roztocza spowodował olbrzymią traumę u pszczelarzy. Wskazał jednak na coraz częściej podejmowane próby selekcji pszczół w kierunku zwiększenia zdolności radzenia sobie z chorobami i inne aktywności podejmowane w związku z narastającym kryzysem – jak choćby próby odbudowy lokalnych półdzikich populacji pszczół. Podkreślił także rolę niektórych hodowców i badaczy w propagowaniu zdrowego pszczelarstwa.

Kolejnym wykładowcą był dr John Kefuss, jeden ze światowych pionierów i propagatorów pszczelarstwa bez leczenia. Hodowca jest prawdziwą sławą światowego pszczelarstwa, a przy okazji naprawdę barwną postacią. Ciągle żartuje i traktuje siebie samego z bardzo dużym dystansem. Kefuss opracował tzw. “test Bonda” (zwany również metodą “live and let die” czyli “żyj i pozwól umrzeć”), będący strategią selekcji pszczół w kierunku odporności na pasożyta. Metoda polega tak naprawdę na pozostawieniu rodzin pszczelich selekcji naturalnej. W rozumieniu hodowcy, pszczoły, które potrafią poradzić sobie z roztoczami przetrwają, a umrą te, które pozwalają na nieograniczony rozwój pasożyta. Kefuss rozpoczął swoją selekcję od wypracowania cechy higieniczności pszczół (poprzez testy usuwania zamarłego czerwiu), ale tak naprawdę wówczas nie była to cecha potrzebna w radzeniu sobie z warrozą, a z inną chorobą, tj. zgnilcem europejskim, który był niegdyś olbrzymim problemem w jego pasiece. W tamtym okresie kiedy Kefuss przychodził na pasieczysko, uderzał go w nozdrza smród dochodzący z rozstawionych uli.

John Kefuss
John Kefuss

Był to czas, kiedy jeszcze zwalczał warrozę i leczył pszczoły. Spośród 115 pni wybrał 14 najbardziej higienicznych rodzin, które posłużyły do dalszej hodowli. W zasadzie – jak zaznaczył – na początku selekcji w 1998 roku jego pszczoły przejawiały znacznie większy instynkt higieniczny niż w 2008, kiedy pasieka była już całkowicie odporna na roztocza i wiele lat nieleczona – i rzecz jasna nie miał już żadnych problemów z chorobami czerwiu. Oznacza to, że sama higieniczność pszczół nie przekłada się bezpośrednio na ich radzenie sobie z roztoczami. John Kefuss wprowadził ciekawe rozróżnienie pomiędzy “odpornością” pszczół na pasożyta (resistance), a “tolerancją” (tolerance). Ta pierwsza wartość dotyczy zdolności pszczół do samodzielnego ograniczania liczby roztoczy, podczas gdy ta druga zdolności pszczół do ograniczania szkód poczynionych przez pasożyta. Kefuss stwierdził, że jego pszczoły nie mają wysokiej tolerancji, ale są odporne na roztocza.

Kefuss uważa, że każdy pszczelarz powinien sobie zadać dwa pytania. Po pierwsze, dlaczego miałby nie leczyć pszczół, a drugie, pod jakimi warunkami przestałby je leczyć. On sam zawsze miał świadomość, że lecząc pszczoły, stosuje bardzo silne substancje chemiczne i zdawał sobie sprawę z ich szkodliwości. W pewnym momencie zorientował się, że miewa częste migreny, a po rozmowach z innymi pszczelarzami, cierpiącymi na podobne dolegliwości, doszedł do wniosku, że przyczyną jest właśnie obcowanie z silnymi toksynami w praktyce pasiecznej. Uznał więc, że o ile zawsze może kupić nowe pszczoły, zdecydowanie trudniej byłoby mu odkupić… nowy mózg. Tak właśnie zaczęła się jego historia związana z porzuceniem silnych substancji chemicznych w pasiece. Dziś, jako hodowca, twierdzi, że musi podejmować sporo wysiłku, aby utrzymać cechę odporności na roztocza, bo… w jego pasiece praktycznie ich nie ma. Kiedyś zorganizował nawet konkurs i płacił 1 centa za każdą znalezioną samicę dręcza pszczelego, a zwycięzcy po dłuższym czasie znajdowali co najwyżej po około 20 sztuk. Przyznał ze śmiechem, że była to najtańsza siła robocza, jaką mógłby sobie wymarzyć hodowca pszczół. Zauważył przy tym, że nie sposób prowadzić selekcji na odporność na roztocza, gdy praktycznie nie istnieje ich presja. Jak bowiem sprawdzić, czy pszczoły radzą sobie z nieobecnym czynnikiem? Kefuss doszedł do wniosku, że musi pozyskiwać ramki z silnie porażonym czerwiem z innych pasiek i umieszczać je w rodzinach potencjalnych reproduktorek, aby stale weryfikować zdolność pszczół do likwidowania zagrożenia (tzw. “przyspieszony test Bonda”). Powtarzał przy tym: “muszę kupować roztocza, a te są drogie”. Stwierdził, że wypracowane przez niego metody są doskonałe do wyszukiwania i dalszej hodowli tych pszczół, które określił jako “roztoczowe czarne dziury” (“varroa black holes”). Są to rodziny, które “pochłaniają” więcej roztoczy niż wypuszczają ich z uli, a więc dręcz “znika” w tych ulach jak w czarnych dziurach. Aby znaleźć “czarne dziury”, niezbędne są rodziny, które stanowią ich przeciwieństwo, a które określa się jako “roztoczowe bomby” (“varroa bomb” albo “mite bomb”). Są to pnie, które pozwalają na gwałtowny rozwój pasożyta i umierając przy wysokim porażeniu, stają się potencjalnym zagrożeniem dla sąsiednich rodzin. W przeciwieństwie do większości środowiska pszczelarskiego, jemu “roztoczowe bomby” nie spędzają snu z powiek. Dla niego to doskonałe, choć nieobecne w jego pasiekach narzędzie selekcji pszczół coraz zdrowszych i lepiej radzących sobie z warrozą. Podkreślał przy tym wielokrotnie, że skoro jemu udało się przeprowadzić taką selekcję, to znaczy, że absolutnie każdy może tego dokonać.

 Bartłomiej Maleta

The post „Musimy być bardziej jak pszczoły” – czyli raport z konferencji w całości poświęconej pszczelarstwu bez zwalczania warrozy – cz.1 first appeared on Wolne Pszczoły.

]]>
Konferencja o pszczelarstwie bez leczenia – Neusiedl am See, Austria http://wolnepszczoly.netlify.app/konferencja-o-pszczelarstwie-bez-leczenia-neusiedl-am-see-austria/ Sat, 21 Apr 2018 19:20:02 +0000 http://wolnepszczoly.netlify.app/?p=1688 W dniach 7 – 8 kwietnia 2018 roku w Neusiedl am See w Austrii odbyła się konferencja w całości poświęcona pszczelarstwu bez leczenia. Organizatorem wydarzenia był Norbert Dorn, austriacki pszczelarz, który podobnie jak my próbuje swych sił nie lecząc swojej pasieki. Stowarzyszenie Pszczelarstwa Naturalnego „Wolne Pszczoły” miały tam również swojego reprezentanta w mojej osobie. Udało […]

The post Konferencja o pszczelarstwie bez leczenia – Neusiedl am See, Austria first appeared on Wolne Pszczoły.

]]>
W dniach 7 – 8 kwietnia 2018 roku w Neusiedl am See w Austrii odbyła się konferencja w całości poświęcona pszczelarstwu bez leczenia. Organizatorem wydarzenia był Norbert Dorn, austriacki pszczelarz, który podobnie jak my próbuje swych sił nie lecząc swojej pasieki.

Stowarzyszenie Pszczelarstwa Naturalnego „Wolne Pszczoły” miały tam również swojego reprezentanta w mojej osobie. Udało mi się uzgodnić z Norbertem krótkie wystąpienie na temat działalności naszego zrzeszenia, ze szczególnym uwzględnieniem Projektu „Fort Knox”, o którym pisaliśmy już na naszej stronie kilkukrotnie (http://wolnepszczoly.netlify.app/tag/fortknox/). Jest to projekt, dzięki któremu uczestnicy mogą liczyć na wzajemne gwarancje i otrzymanie odkładów w przypadku śmierci pszczół poddanych selekcji naturalnej. Sama konferencja była dla mnie wydarzeniem wyjątkowym i bardzo inspirującym. Miałem przecież możliwość zapoznać się bezpośrednio z wystąpieniami wielu znanych pszczelarzy, takich jak John Kefuss, Erik Österlund, Juhani Lunden, a także wielu innych, o których czasem słyszeliśmy, a czasem nie mieliśmy świadomości ich wielkiej pracy w dziedzinie szeroko rozumianego pszczelarstwa naturalnego. W czasie konferencji udało mi się także nagrać większość ze wspomnianych wystąpień (te, których autorzy zgodzili się na ich nagranie i opublikowanie), a także przeprowadzić kilka rozmów „na wyłączność” ze wspomnianymi pszczelarzami. Nagrane wykłady oraz wywiady będą przez nas systematycznie publikowane, czy to na stronie internetowej „Wolnych Pszczół”, czy też na naszym kanale Youtube i facebookowym profilu. Z czasem będziemy też dodawać do nich polskie napisy, a jeżeli będziesz gotowy pomóc nam w ich wykonaniu, żeby były szybciej dostępne w polskiej wersji językowej, napisz do nas.

Już teraz serdecznie zapraszamy na pierwszy wywiad z organizatorem konferencji Norbertem Dornem oraz prezentację stowarzyszeniowego projektu „Fort Knox”.

 

Prezentacja w formie PDF. Opracowanie graficzne prezentacji Mariusz Uchman.

Na naszej stronie internetowej będziemy też z czasem publikować bardziej szczegółowe relacje z samej konferencji, a także informować o tym, jakie dalsze konsekwencje miał nasz udział. Jeżeli dotrą do nas jakieś informacje, że dzięki konferencji udało się zmienić coś w świadomości pszczelarzy czy praktyce pszczelarskiej w Europie, na pewno nie omieszkamy o tym też wspomnieć. Już dziś i nie bez dumy, możemy zdradzić, że przedstawiony przeze mnie projekt „Fort Knox”, będący pomysłem naszego stowarzyszeniowego kolegi Marcina Zarka, zrobił na zagranicznych koleżankach i kolegach bardzo duże wrażenie. Pszczelarze amatorzy otrzymali bowiem od nas pomysł, jak zorganizować swoją lokalną współpracę w taki sposób, aby móc zachować ciągłość selekcji, przy jednoczesnym udzielaniu sobie wsparcia w postaci przekazywanych pszczół. Zanim zdążyłem wrócić do domu z konferencji, na skrzynce mailowej miałem już co najmniej kilka pytań dotyczących szczegółów projektu, oraz próśb o zgodę na wykorzystanie tego pomysłu do budowy podobnych projektów za granicą. Cieszymy się więc niezmiernie, że nasze Stowarzyszenie mogło mieć swój – i jak się okazało niemały – wkład w tym wydarzeniu.

Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej o tym wydarzeniu, śledźcie proszę naszą stronę oraz wspomniane kanały informacyjne, bo na pewno już niedługo pojawią się na nich dalsze informacje. Serdecznie zapraszamy!

The post Konferencja o pszczelarstwie bez leczenia – Neusiedl am See, Austria first appeared on Wolne Pszczoły.

]]>
„Walka z warrozą ma sens, bo nigdy nie pokonamy warrozy” http://wolnepszczoly.netlify.app/walka-z-warroza-ma-sens-bo-nigdy-nie-pokonamy-warrozy/ Sun, 09 Oct 2016 16:30:22 +0000 http://wolnepszczoly.netlify.app/?p=1282 Artykuł został opublikowany w październikowym numerze miesięcznika “Pszczelarstwo” 10/2016 Pozwoliłem sobie zatytułować ten artykuł cytatem znalezionym na jednym z internetowych forów pszczelarskich. Czasem mam wrażenie, że wielu pszczelarzy dokładnie w ten sposób myśli. Mając pełnię świadomości braku możliwości wygrania walki z roztoczem, brnie w tą walkę coraz głębiej, co niestety w naszej ocenie przyczynia się […]

The post „Walka z warrozą ma sens, bo nigdy nie pokonamy warrozy” first appeared on Wolne Pszczoły.

]]>
Artykuł został opublikowany w październikowym numerze miesięcznika “Pszczelarstwo” 10/2016

Pozwoliłem sobie zatytułować ten artykuł cytatem znalezionym na jednym z internetowych forów pszczelarskich. Czasem mam wrażenie, że wielu pszczelarzy dokładnie w ten sposób myśli. Mając pełnię świadomości braku możliwości wygrania walki z roztoczem, brnie w tą walkę coraz głębiej, co niestety w naszej ocenie przyczynia się do pogłębienia szkód w genomie lokalnej populacji gatunku pszczoły miodnej. Mam też wrażenie, że w takim też duchu pisany był artykuł pana Marka Lasockiego pt. „Nie ma znaczenia jakiego koloru masz samochód, kiedy jedziesz w złym kierunku”, który ukazał się w lipcowym numerze „Pszczelarstwa”. I choć autor stwierdził, że nie chce już kontynuować polemiki, to w tekście tym jest tak wiele uproszczeń, błędnych analogii i negowania rzeczywistości, że uznałem za konieczne odnieść się do nich, aby nie pozostawiać błędnych przekonań w świadomości czytelników. Przeanalizuję pobieżnie kolejno wszystkie punkty tegoż tekstu, gdyż każdy z nich jest w mojej ocenie, albo błędną interpretacją rzeczywistości lub faktów, albo też świadczy o niezrozumieniu przekazywanych przeze mnie myśli (być może nie wyrażonych zbyt precyzyjnie z uwagi na konieczność ograniczenia objętości tekstu – to już czytelnik musi sam ocenić). Nie będę przytaczał dokładnych słów pana Lasockiego, a w odpowiedzi zawrę jedynie wyjaśnienia do podnoszonych przez niego zarzutów. W razie potrzeby przybliżenia kontekstu wypowiedzi, czytelnik może sięgnąć po cały tekst w przytoczonym numerze Miesięcznika.

  1. W tekstach pszczelarzy praktyków i naukowców opisywane są najróżniejsze mechanizmy odporności pszczoły miodnej na roztocze Varroa. Żeby daleko nie szukać w materiałach VI Lubelskiej Konferencji Pszczelarskiej (str. 69) w tekście p. Cezarego Kruka „Próby selekcji pszczół odpornych na warrozę”, czytamy: „Aby wyhodować pszczołę oporną na warrozę warto byłoby prowadzić selekcję wzmacniającą jakiś z poznanych mechanizmów odpornościowych. Istnieje kilka mechanizmów ograniczających przyrost populacji warrozy. Jednym z nich jest zdolność do samooczyszczania (grooming behaviour), wzajemne oczyszczanie się robotnic z pasożytów, oczyszczanie czerwiu z pasożytów, różnice w atrakcyjności czerwiu dla pasożytów (czerw pszczeli i czerw trutowy), zaburzenia w płodności samic pasożytów. Jednym z najważniejszych mechanizmów ograniczających przyrost populacji pasożytów jest długość trwania okresu czerwiu zasklepionego (Chmielewski i inni 2007). Istotne znaczenie może mieć też długość trwania okresu przerwy w czerwieniu matek i wychowu czerwiu pszczelego w okresie zimowli” (polecam zapoznać się z całym tekstem, a zwłaszcza opisem ras pszczoły miodnej, które radzą sobie z Varroa). Kilka zachowań sprzyjających odporności na pasożyta omawia również pani dr hab. Małgorzata Bieńkowska w tych samych materiałach konferencyjnych w tekście: „Czy możliwa jest hodowla pszczół odpornych na pasożyta Varroa destructor?”. Polecam również zapoznanie się z artykułem prof. dr hab. Jerzego Woyke „Hodowla pszczół odpornych na warrozę” z Pszczelarstwa z listopada 1988 roku, w którym autor przeprowadza pobieżną analizę porównawczą mechanizmów odpornościowych pszczoły miodnej i pszczoły wschodniej. Przede wszystkim, jednak, zamiast do polskich podręczników na które powołuje się pan Lasocki (znam ich co najmniej kilka i mam świadomość ich jakości i treści… i dlatego właśnie zacząłem szukać wiedzy w języku angielskim) polecam jednak sięgnąć do anglojęzycznej literatury zarówno naukowej jak i opisów praktyków pszczelarstwa. Wówczas być może pewne mechanizmy odpornościowe objawią się w zupełnie innym świetle. Pan Lasocki zarzucił mi również brak konsekwencji gdy przyznałem, że mechanizmy odpornościowe dostępnej „na rynku” pszczoły miodnej wykształcone są na niskim poziomie. Ciężko byłoby stwierdzić inaczej i nie ma w tym absolutnie braku konsekwencji. Stosując pewną analogię można by przyrównać to do przyrządzania jakiegoś roztworu – żeby pozostać w tematyce pszczelarskiej np. syropu cukrowego. Jeżeli sporządzimy syrop rzadki to będzie on zawierał cukier, ale jego ilość w stosunku do wody będzie względnie niewielka. Gdy jednak odparujemy część wody, syrop się zagęści, a stosunek ilości cukru do całej objętości roztworu się zwiększy. Podobnie jest właśnie z genami umożliwiającymi wykształcenie u pszczół mechanizmów odpornościowych. Aby uzyskać pozytywne i długotrwałe rezultaty musimy je „zagęścić” w populacji przez „odparowanie” w toku selekcji genów, które tych mechanizmów nie przenoszą na kolejne pokolenia. Pan Lasocki we wcześniejszym teście tj. w „Polemice” przyznał, że z badanej populacji pszczół 16,6% pszczół próbowało usunąć z siebie pasożyta. Odpowiednia selekcja może ten procent (jak i każde inne zachowanie) znacząco zwiększyć. Musimy mieć świadomość, że jesteśmy na początku tej drogi i czeka nas długa selekcja, jeżeli chcemy kiedyś cieszyć się pszczelarstwem bez chemii (a mam nadzieję – czasem chyba naiwną – że wszyscy tego chcemy i oczekujemy).
  2. Po raz kolejny czytam, że w Polsce było już wiele prób „pszczelarzenia bez leczenia warrozy”. Chętnie dowiedziałbym się czegoś więcej o tych próbach, bo ja przyznam, że słyszałem tylko o kilku podejściach, w których ich autor poddawał się przy pierwszym czy drugim „niepowodzeniu” (czyli tak naprawdę pierwszym sicie selekcyjnym) uniemożliwiającym zebranie odpowiedniej ilości miodu czy zapewnienie pożądanej ilości silnych rodzin pszczelich na najbliższy sezon. W próbach o jakich słyszałem za każdym nie było spełnionych co najmniej kilku z podstawowych warunków zachowania zdrowia pszczół (http://wolnepszczoly.netlify.app/cztery-proste-kroki-do-poprawienia-zdrowia-pszczol/) i nie było również konsekwencji. Niestety, z doświadczeń ze świata wysnuć należy wniosek, że typowa pszczoła hodowlana nie jest w stanie przetrwać starcia z roztoczem. Dee Lusby (Arizona, USA) straciła około 600 z 700 pni zanim odbudowała pasiekę do stanu sprzed przybycia Varroa. Michael Bush (Nebraska, USA) kilkakrotnie zaczynał „od zera” (próbując leczyć), zanim nie skupił się na dzikiej populacji pszczół i łapaniu „wałęsających się” rójek, które już wstępnie selekcjonowała przyroda. Kirk Webster (Vermont, USA) pisze o dwóch do trzech załamaniach populacji występujących u praktycznie każdego, kto nie chciał truć swoich pszczół chemią, zanim udało się ustabilizować ilość rodzin w pasiekach i podstawową odporność na pasożyta („Zapaść i Ozdrowienie: Droga do Pszczelarstwa Bez Leczenia”, http://wolnepszczoly.netlify.app/zapasc-i-ozdrowienie/). Jeszcze raz podkreślam: mam świadomość efektów ekonomicznych i potencjalnego ogromu tych strat, dlatego zachęcam hodowców do wzięcia ciężaru selekcji na swoje barki w imieniu całej społeczności pszczelarskiej. Ponadto udało się nam wyszukać już paręnaście osób w Europie spośród znanych pszczelarzy praktyków, którzy z sukcesami prowadzą pasieki bez zwalczania roztoczy od kilku do kilkunastu lat (http://forum.wolnepszczoly.netlify.app/showthread.php?tid=461). Takie próby po wieloletniej selekcji pszczół rozpoczęli również znani hodowcy pszczół „komercyjnych” Erik Osterlund i (zgodnie z moją wiedzą) Josef Koller. A więc można w Afryce, w Ameryce Południowej, na pustyni w Arizonie, w centralnych Stanach Zjednoczonych, w stanie Vermont na granicy Kanady, można we Francji, w Niemczech, Finlandii czy w Wielkiej Brytanii – ale „w polskich realiach i naszych warunkach klimatycznych” według pana Lasockiego musi zawsze zakończyć się to hekatombą…
    Zachęcam też pana Lasockiego do przekazania informacji o wspomnianych próbach do Stowarzyszenia (wolnepszczoly@wolnepszczoly.netlify.app) – bardzo chętnie przeanalizujemy dane z tych „eksperymentów”.
  3. To prawda, że nie mamy żadnej pewności, że we wszystkich zasłyszanych przez nas przypadkach obserwowane rodziny nie były nowymi rojami – nie sposób nie przyznać tu racji panu Lasockiemu. Ta niepewność jednak powinna być powodem do wzmożenia obserwacji i podejmowania prób odtworzenia podobnych warunków, a nie przyjęcia, że jakiekolwiek próby nie mają sensu.
  4. Chciałbym przypomnieć panu Lasockiemu, że przywoływane przeze mnie autorytety naukowe, które jakoby „bez cienia wątpliwości dowodzą, że pszczoła miodna bez leczenia warrozy nie da rady przetrwać niż kilka lat”, zgodnie z moją wiedzą badają dostępną „na rynku polskim” pszczołę miodną. Tą, której niestety przez ostatnie 36 lat nikt nie pozwolił się przeselekcjonować na odporność na pasożyta, tak jak miała na to szansę pszczoła afrykańska, południowo amerykańska (w tym – ale nie tylko! – tzw. pszczołę zafrykanizowaną) czy rosyjska tzw. primorska (zastrzeżenie: piszę tu o oryginalnej pszczole kraju primorskiego, a nie dostępnej na rynku polskim u hodowców!). Te właśnie przywołane autorytety w swoich pracach wymieniają co najmniej kilka ras Apis mellifera – pszczoły miodnej, które w sposób dobry lub bardzo dobry funkcjonują w koegzystencji z pasożytem, a podkreślają, że taka selekcja na dzień dzisiejszy nie jest możliwa przy utrzymaniu wysokiej wydajności ekonomicznej pszczół. Jednoznaczne stwierdzenie, że ta pszczoła miodna „nie da rady przetrwać” bez leczenia warrozy na podstawie badania dostępnej pszczoły hodowlanej potraktowałbym jako typowy błąd metodologiczny w badaniach naukowych, który powstał poprzez przyjęcia błędnych założeń eksperymentu. Ponadto pan Lasocki jako człowiek wykształcony i inteligenty powinien zdawać sobie sprawę z tego, że wynik badań będzie zawsze zależny od badanego obiektu, a zadaniem naukowca jest wprowadzić odpowiednią metodę badawczą, zastrzeżenia i wyeliminować możliwie dużo zmiennych mogących zaburzyć wynik pracy.
  5. No cóż, z rozbrajającą szczerością przyznałem: „wcale nie jesteśmy pewni czy ten krok na pewno przyniesie pożądany skutek, ale teoretycznie może zapobiec „rozszerzonemu samobójstwu””. Gdyby jednak pan Lasocki uważnie czytał mój tekst, to zrozumiałby, że odnosiłem się jedynie do wstępnego etapu selekcji konkretnych cech pszczoły miodnej przed oddaniem jej „w ręce” selekcji naturalnej. Nie możemy być bowiem pewni, że występowanie konkretnych selekcjonowanych cech (jak VSH, czy grooming) faktycznie przyniesie zwiększoną przeżywalność pszczół, pomimo niewątpliwego zwiększenia umiejętności radzenia sobie pszczół z Varroa. Pisał o tym choćby (na podstawie własnych obserwacji i pracy hodowlanej) Erik Osterlund, w pasiece którego, pomimo względnie wysokiej wartości cechy VSH i niskiego porażenia roztoczem, wciąż ujawniały się choroby towarzyszące. Wnioski są takie, że selekcja powinna być w miarę możliwości kompletna (powiedzmy: „systemowa”), a taką może zapewnić tylko selekcja naturalna, a nie wybieranie pszczół wykazujących jedną czy dwie cechy.
    Osobiście z kolei przyznam, że za skrajnie nieodpowiedzialne i długofalowo szkodliwe uważam wygłaszane przez różnych pszczelarzy i hodowców propozycje i namowy nieustannej walki z roztoczem – każdą możliwą metodą i przez okrągły rok.
  6. W moim poprzednim tekście przyznałem, że roztocze Varroa jest gatunkiem inwazyjnym. Nie zmienia to faktu, że musimy go uznać, za stałą i przyszłą część naszej pszczelarskiej rzeczywistości. I pewnie tak powinienem to napisać, w miejsce „musimy go uznać za naturalnego pasożyta pszczoły miodnej”. Pan Lasocki złapał mnie tu na pewnym uproszczeniu. Żeby jednak nie być dłużnym to wydaje mi się (choć mylić się mogę), że podział na kenofity i neofity dotyczy roślin, a nie zwierząt. Ciężko więc w tych kategoriach umieścić roztocze Varroa jak zrobił to autor tekstu.
  7. W tym punkcie nastąpiło pewne nieporozumienie i choć wydaje mi się, że opisałem moje myśli jasno, to jednak ewidentnie pan Lasocki nie zrozumiał co chciałem przekazać. Mam pełnię świadomości podstaw cyklu biologicznego Varroa (choć zapewne daleko mi tu do biegłości badaczy tego zagadnienia). Obserwacje pszczelarzy (choćby przytoczonego Erika Osterlunda, ale nie tylko – piszą o tym również polscy pszczelarze praktycy) wskazują na to, że cykl życiowy roztocza się zmienił, w ten sposób, że roztocz znacząco skrócił okres bytowania poza komórką pszczelą i po wyjściu z niej wraz z wygryzającą się pszczołą wraca do niej już nawet po 2 – 3 dniach. Moja wątpliwość dotyczy natomiast tego czy oznacza to, że roztocze szybciej dojrzewa (czyli przyspieszyło cykl życiowy i wcześniej niż do tej pory jest zdolne do rozmnażania), czy też okres dojrzewania przechodzi w komórce pszczelej zamiast na owadzie dorosłym (czyli przebywając w komórce nie rozmnaża się, a przeczekuje tam czas, w którym nie jest do tego zdolne). Ta druga możliwość mogłaby świadczyć o nauczeniu się „ukrywania” (upraszczam) roztocza przed zabiegami „leczniczymi”.
  8. Porównanie przez pana Lasockiego gatunku pszczoły miodnej do papugi kakapo jest może ciekawe, ale zupełnie nietrafione. Otóż pszczoła miodna jest gatunkiem powszechnie występującym na świecie (praktycznie na wszystkich kontynentach), gatunkiem, który zetknął się w historii milionów lat zapewne z tysiącami najróżniejszych pasożytów i patogenów i nauczył się wykształcać na nie odporność (bo w końcu przetrwał do naszych czasów). Co więcej wciąż poddawany jest presji najróżniejszych zagrożeń. Pszczoła miodna posiada całe mnóstwo przystosowań zapobiegających rozwojowi chorób (podstawowa higieniczność, obronność, praca strażniczek, „wyrzucanie” chorych osobników, umiejętność neutralizacji patogenów w przewodzie pokarmowym itp. itd), a także zdolności do kształtowania środowiska, w którym bytuje (budowa plastrów, propolisowanie). Co więcej na olbrzymich obszarach na kuli ziemskiej (aczkolwiek powszechnie na razie faktycznie nie na terenie Polski) gatunek ten współistnieje w zrównoważonej relacji z Varroa (proszę porównać choćby wyliczenie z punktu drugiego). Porównanie tak plastycznego organizmu jakim jest pszczoła miodna do gatunku endemicznego dla niewielkiego obszaru, w którym nie występowały presje środowiskowe jest zupełnie nieuprawnione. I wcale nie zamierzam przekonywać, że dlatego pszczoła miodna będzie miała (ma) łatwe życie z roztoczem. Twierdzę jedynie, że wykształcenie odpowiedniej relacji umożliwiającej gatunkowi przetrwanie jest nie tylko prawdopodobne, ale jest już rzeczywistością na świecie. Wystarczy sięgnąć do wypracowanych metod i podjąć próby, które na świecie przyniosły już znakomite rezultaty.
  9. Nigdy nie zrozumiem czemu uparcie porównuje się potrzebę leczenia pszczół i ludzi. Czy naprawdę są to tak podobne przypadki? Pszczoła jest owadem, który potrafi bardzo plastycznie dostosowywać swoją populację do środowiska. Wspominany Kirk Webster podkreśla zdolności owadów do wykorzystywania mechanizmów błyskawicznej odnowy populacji po wejściu w „wąskie gardło” (podobnie robi to Varroa, uodporniając się na stosowane zabiegi). Powinniśmy zacząć korzystać z tej umiejętności i plastyczności owadów, a nie załamywać ręce, że kolejna trucizna czy toksyna przestaje działać zgodnie z celem swojego stworzenia. Stowarzyszenie „Wolne Pszczoły” propaguje inne spojrzenie na pszczołę miodną. Dla nas są to stworzenia, które niegdyś były dzikimi mieszkańcami lasów, z których pracy nauczyliśmy się korzystać. Dziś pracą hodowlaną i stosowanymi zabiegami pasiecznymi uczyniliśmy je kalekimi i niezdolnymi do życia w naturze. Dla pana Lasockiego (i pewnie wielu innych) zapewne niemoralnym jest pozwalanie na śmierć „tego co oswoiliśmy”. Dla nas niemoralnym jest oswajanie i wykorzystywanie stworzenia poprzez odebranie mu zdolności do istnienia zgodnie z jego naturą. Zwłaszcza, że dziesiątki przykładów ze świata udowadniają, że jest możliwe połączenie utrzymania przystosowania pszczół do środowiska (w tym Varroa) z możliwością ekonomicznego wykorzystania owadów do naszych ludzkich potrzeb i celów. Aby to było jednak możliwe konieczny jest powrót do zasad jakie rządzą przyrodą – dlatego śmierć owadów nie jest „bezsensowna” jak nazywa ją pan Lasocki. Jest zgodna z zasadami jakie obowiązują na tej planecie od wykształcenia się życia kilka miliardów lat temu.
  10. Argument pana Lasockiego jakoby pszczelarze byli zainteresowani kupnem i hodowlą pszczół odpornych na pasożyta „natychmiast po tym jak te matki ujrzą światło dzienne” jest dla mnie zabawny i smutny jednocześnie, bo rzeczywistość jest zupełnie inna. Praca hodowlana w tym kierunku odbywa się (nawet na naszym kontynencie – choć nic nie wiem aby była prowadzona w Polsce) od lat. Pszczoły dające bardzo obiecujące wyniki są dostępne praktycznie na wyciągnięcie ręki, ale zainteresowanie nimi jest znikome. Zapewne ktoś powie, że te pszczoły nie dają odpowiednich wyników ekonomicznych, albo że te pszczoły i tak umrą, a będą żyć tylko rok, dwa czy trzy lata dłużej niż inne. Zapewne jest to prawda, bo organizmy żywe są śmiertelne. Ale namnażanie takich matek i niezbędna dalsza praca hodowlana nad taką pszczołą (jest ona konieczna stale, bo też i stale zmienia się środowisko, a tym samym ewolucja musi te zmiany nieustannie gonić) mogłyby przyczynić się do zmiany sytuacji lokalnej i globalnej na przestrzeni najbliższych parunastu lat. Pozwolę sobie w tym miejscu przytoczyć jeden przykład. Otóż w dyskusji na jednym z forów wieloletni i bardzo doświadczony pszczelarz, będący jednym z autorytetów („broniąc” racji kolegów z „Wolnych Pszczół”) napisał, że od około 7 lat posiada 2 ule, w których nie zwalcza roztoczy, a pomimo tego pszczoły dobrze dają sobie radę. Niedawno jeden z kolegów wybierając się w region Polski gdzie mieszka ten pszczelarz skontaktował się z nim, aby pozyskać jaja z tych rodzin do wychowu matek. Okazało się, że pszczelarz wraz z postępującym wiekiem postanowił zmniejszyć pasiekę i wobec tego zlikwidował między innymi te matki pszczele, które tworzyły rodziny przez 7 lat stawiające skuteczny opór warrozie… Czasem wydaje mi się, że mrzonką nie jest pszczelarstwo bez chemii, ale zmiana świadomości pszczelarzy.

Rozumiem też, że pan Lasocki chciał znaleźć w tekście każdą możliwą nieścisłość, aby podważyć wiarygodność całości argumentacji. Tytuł poprzedniego mojego tekstu („Może sobie pan zażyczyć samochód w każdym kolorze, byle by był to czarny”) wybrany został ze względu na jego wydźwięk, a nie prawdę historyczną. Jest to znany cytat Henrego Forda, który doskonale obrazuje kreowanie popytu poprzez ograniczenie podaży (jak w przypadku pszczół do czego się odnosiłem). Niezależnie od tego należy zauważyć, że Ford Model T w wersji drugiej, po 1914 był produkowany praktycznie wyłącznie w kolorze czarnym – czego już pan Lasocki nie dodał.
Chciałbym też zauważyć na zakończenie, że odniosłem osobiste wrażenie (być może błędne), że pan Lasocki przekonując do swoich racji stara się ponieść rangę swoich wypowiedzi kreując pewnego rodzaju autorytet formalny (nazywanie się „politologiem, prawnikiem”, używanie cytatów z literatury, analogii czy słownictwa specjalistycznego – jak się okazuje nie zawsze trafnie). Zakładam, że jest to zabieg celowy. Wydaje mi się, że nie ma to jednak wiele wspólnego z wiedzą o możliwościach współistnienia pszczół z roztoczem i żałuję, że w tekście nie znalazłem zamiast tego co najmniej kilku rzeczowych argumentów. Odnosząc się do cytatu Juliana Tuwima podsumowującego artykuł („Błogosławiony, który nie mając nic do powiedzenia, nie obleka tego w słowa. Bo czyż warto skoczyć w przepaść i rozwinąć skrzydła, by zaraz rozstrzaskać się o skałę?”), muszę przypomnieć panu Lasockiemu, że gdyby ludzie nigdy nie wychodzili poza normę i oczekiwania, to do dziś żylibyśmy w jaskiniach. Mnóstwo ludzi „roztrzaskało się o skałę”, abyśmy dziś byli na tym etapie rozwoju społecznego i technicznego na jakim jesteśmy.

Artykuł został opublikowany w październikowym numerze miesięcznika “Pszczelarstwo” 10/2016

The post „Walka z warrozą ma sens, bo nigdy nie pokonamy warrozy” first appeared on Wolne Pszczoły.

]]>
“Może sobie pan zażyczyć samochód w każdym kolorze, byle by był to czarny” http://wolnepszczoly.netlify.app/moze-sobie-pan-zazyczyc-samochod-w-kazdym-kolorze-byle-by-byl-to-czarny/ Tue, 10 May 2016 06:54:55 +0000 http://wolnepszczoly.netlify.app/?p=1145 Artykuł został opublikowany w majowym numerze miesięcznika “Pszczelarstwo” 05/2016   W marcowym numerze „Pszczelarstwa” ukazał się artykuł pana Marka Lasockiego pod tytułem „Polemika”. Autor odnosi się do napisanych przeze mnie oraz Łukasza Łapkę artykułów, które zostały opublikowane w numerach „Pszczelarstwa” w listopadzie i grudniu poprzedniego roku. Cieszę się, że została podjęta dyskusja na ten kontrowersyjny […]

The post “Może sobie pan zażyczyć samochód w każdym kolorze, byle by był to czarny” first appeared on Wolne Pszczoły.

]]>
Artykuł został opublikowany w majowym numerze miesięcznika “Pszczelarstwo” 05/2016

 

W marcowym numerze „Pszczelarstwa” ukazał się artykuł pana Marka Lasockiego pod tytułem „Polemika”. Autor odnosi się do napisanych przeze mnie oraz Łukasza Łapkę artykułów, które zostały opublikowane w numerach „Pszczelarstwa” w listopadzie i grudniu poprzedniego roku. Cieszę się, że została podjęta dyskusja na ten kontrowersyjny temat gdyż pomimo olbrzymiej śmiertelności pszczół wielu pszczelarzy nie docenia ogromu problemów, z jakimi mierzy się dzisiejszy świat pszczelarski. „Osypały ci się pszczoły? Ot, zaniedbałeś swoją pasiekę, niewłaściwie przeprowadziłeś zabiegi”. To często ich jedyna konkluzja, w której winą za stan zdrowia pszczół obarcza się pojedyncze – nierzadko Bogu ducha winne osoby. A problem jest o wiele poważniejszy niż mniejsze czy większe zaniedbania pszczelarzy. Pamiętajmy, że mamy do czynienia ze stworzeniem, które jeszcze około czterdzieści czy pięćdziesiąt lat temu było względnie samowystarczalne i zdolne do życia bez jakiejkolwiek ingerencji człowieka. Niegdyś owady te opanowały praktycznie cały świat, a dziś ich zdolność do funkcjonowania w naturze jest znikoma lub żadna. Drogą do rozwiązania tego problemu jest próba dotarcia do jak najszerszego kręgu odbiorców i zmiany ich świadomości ekologicznej i pszczelarskiej. W tym miejscu, przy okazji, chcielibyśmy podziękować redakcji miesięcznika „Pszczelarstwo” za udostępnienie nam paru stron na nasze teksty. Nie przedłużając, przejdę do analizy argumentów zamieszczonych w „Polemice”. Nie jestem w stanie odnieść się jednak całości argumentacji z uwagi na ograniczoną objętość publikacji.

Pierwszym zarzutem kierowanym przeciwko proponowanym przez nas rozwiązaniom jest możliwość doprowadzenia do, jak to określił Autor, „pszczołobójstwa”, czy też „hekatomby pszczół”, czyli potencjalnego zagrożenia wyginięciem pszczół na przestrzeni maksymalnego okresu dziesięciu najbliższych lat. Wynika to z przyjętego przez Autora założenia, że Apis mellifera nie jest zdolna do współistnienia z roztoczem Varroa destructor we względnie zrównoważonej relacji pasożyt-żywiciel. Nieporozumieniem jest wskazywanie, że powoływaliśmy się przy tym na takąż relację z innym gatunkiem pszczoły, tj. Apis cerana (pszczoła wschodnia) – owszem została wspomniana, ale nie stała się podstawą naszych założeń. Otóż doświadczenia ze świata dowodzą, że pszczoła miodna (Apis mellifera) posiada praktycznie dokładnie te same przystosowania do radzenia sobie z roztoczem, co pszczoła wschodnia. Są to w szczególności opisywane przez nas w jednym z artykułów zachowania VSH, grooming, podstawowa higieniczność, a ponadto stosowanie przerwy w czerwieniu w okresie sezonu (rójka, ewentualne wstrzymywanie się w niesprzyjających warunkach środowiskowych), długa przerwa w czerwieniu zimą (niestety eliminowana w procesie hodowli), chemiczne wstrzymywanie rozmnażania roztoczy przy użyciu feromonów, kierowanie siły uderzenia pasożyta na trutnie (to również niwelowane jest przez pszczelarzy poprzez „walkę z trutniami” i stosowanie powiększonej komórki robotnic). Prawdopodobnie takich „odpowiedzi” pszczół na obecność roztoczy jest znacznie więcej, jednak powyższe są wymieniane w literaturze i wielu pszczelarzy docenia ich znaczenie dla kontroli liczby roztoczy przez same pszczoły. Należy podkreślić raz jeszcze, że w wielu miejscach na świecie funkcjonują pasieki, które od lat nie stosują żadnych metod zwalczania roztoczy (nie tylko chemicznych, ale również mechanicznych, np. ramki pracy). O wielu przykładach można poczytać na amerykańskim forum Beesource.com (patrz tu: http://www.beesource.com/forums/forumdisplay.php?251-Treatment-Free-Beekeeping) i jest ich naprawdę dużo (przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych, gdyż tam ruch pszczelarzy nieleczących jest wyjątkowo prężny i ma bardzo długą historię, sięgającą praktycznie samych początków pojawienia się Varroa). Pszczelarze ci w sporej większości twierdzą, że ich wieloletnie straty nie odbiegają znacząco od strat sąsiadów leczących pszczoły, a zbiory miodu, choć niejednokrotnie mniejsze niż w pasiekach opartych o „komercyjną pszczołę” (czytaj również: wymagającą leczenia, by mogła przetrwać), nie pozostawiają wiele do życzenia. Wielu pszczelarzy ocenia je na około 60% zbiorów pszczelarzy leczących, mimo że ci pierwsi zostawiają pszczołom miód na zimę. Moim zdaniem negowanie zdolności pszczół (jako gatunku) do współistnienia z pasożytem jest przejawem potrzeby usprawiedliwiania stosowania coraz większej ilości substancji chemicznych w pasiekach.

W Stowarzyszeniu „Wolne Pszczoły” postanowiliśmy między innymi zbierać jak najwięcej informacji o pszczelarzach nie leczących pszczół na terenie Polski. Trafiliśmy na przypadki pasiek pozostawionych bez dozoru (na przykład po śmierci pszczelarza), które po okresie załamania zaczęły się powoli odbudowywać (rójki zasiedlały opuszczone ule, zabudowując przestrzeń ulową na dziko). Przykładem może być choćby pasieka pszczelarza, który skontaktował się z naszym stowarzyszeniem. Odziedziczył ją po zmarłym członku rodziny i pasieką tą nikt nie zajmował się przez sześć lat. Według relacji owego pszczelarza pierwsze 4 lata przetrwało 5 rodzin z 50, natomiast jesienią szóstego roku żyło już 15 rodzin – nastąpiło więc samoistne zapszczelenie kolejnych 10 „martwych uli” przez rójki. Te pszczoły funkcjonują „na dziko” bez przeglądów i jakiejkolwiek pomocy. Dla wielu być może taka śmiertelność i idące za tym wyniki ekonomiczne byłyby nie do przyjęcia, ale ten przykład miał tylko zobrazować możliwości adaptacyjne pszczoły miodnej oraz siłę przyrody pozostawionej samej sobie. O takich i podobnych przykładach słyszeliśmy wielokrotnie.

Jako kolejny głos w tej dyskusji można przytoczyć słowa dra hab. Pawła Chorbińskiego: “To, że mamy dzisiaj warrozę w naszych pasiekach, jest konsekwencją umowy sprzed trzydziestu lat; obiecaliśmy bowiem, że dostarczymy Państwu lek, który zabije warrozę. Gdybyśmy nie dostarczyli tego leku, spowodowałoby to wyginięcie 98 procent pogłowia pszczół, ale dziś mielibyśmy pszczoły wolne od pasożyta”. Godne uwagi w tym kontekście są również słowa dr hab. Małgorzaty Bieńkowskiej („Czy możliwa jest hodowla pszczół odpornych na pasożyta Varroa destructor” z materiałów VI Lubelskiej Konferencji Pszczelarskiej): „Jeżeli nie będzie praktykowana kontrola poziomu porażenia przez V. destructor większość pszczół nadal będzie narażona na śmierć, ale po kilkunastu latach naturalnego doboru może powstać nowa populacja odporna na obecność tego pasożyta. Wiąże się to jednak z tym, że w trakcie takiego procesu pszczoły stracą cenne właściwości z ekonomicznego i pszczelarskiego punktu widzenia. Dlatego naturalna selekcja w takim kontekście nie nadaje się do przeprowadzenia w Europie”. Ten ostatni cytat powinien być odpowiedzią na zarzut Autora „Polemiki”, jakobyśmy „stawiali pszczelarzy w roli bezwzględnych ciemiężycieli pszczół – „za jeden słoik miodu więcej””. Być może często pasjonaci, amatorzy pszczelarstwa wcale nie kierują się świadomie wspomnianym „jednym słoikiem”, ale fora pszczelarskie aż huczą od pytań młodych pszczelarzy szukających „miodnych” pszczół dla siebie już na sam początek. Nie pytają o to, jakie pszczoły będą na przykład najlepiej zimować w ich warunkach, czy które będą najbardziej odporne na choroby, a właśnie o miodność czy łagodność (za to pytają już na starcie o to, jak zwalczać roztocze, choć nawet nie widzieli jeszcze na swojej działce ani własnej pszczoły, ani też „własnego” roztocza). Niestety, ta motywacja rozbudzana jest przez doświadczonych kolegów – często zawodowców – a właśnie olbrzymia pasja powoduje zwiększone ambicje w osiąganiu „dobrych wyników”. Nie znaczy to jednak, że potępiamy samą ideę chęci i potrzeby osiągnięcia „dobrych wyników” – zauważamy tylko, czym kierują się pszczelarze przy doborze pszczół. A przecież dziś już dostępne są pszczoły dające zdecydowanie większe niż przeciętne szanse w walce z warrozą, gdyż selekcjonowane są na zachowania ograniczające populację pasożyta (na stronie Stowarzyszenia zrobiliśmy małe podsumowanie tego, co można kupić w Europie: http://wolnepszczoly.netlify.app/matki-pszczele-na-ktore-czekamy-w-naturalnych-pasiekach/). Pszczelarze jednak wolą być wierni hodowcom gwarantującym ponadprzeciętne wyniki miodowe. Być może wynika to z braku wiary w możliwości radzenia sobie pszczół z roztoczem – dokładnie tego samego braku wiary, który przejawia Autor „Polemiki”. Pszczoły bardziej odporne na warrozę nie będą „cudowne” jak oczekują pszczelarze i Pan Lasocki. One po prostu z większym prawdopodobieństwem wykażą cechy, które pozwolą im na skuteczną walkę z roztoczem. Chodzi właśnie o to, aby więcej niż przytaczane przez Pana Lasockiego 16,6% pszczół próbowało usunąć z siebie pasożyta, a skuteczność tych zabiegów pozostawała większa niż 1%. Nie oczekujemy przy tym zmiany nastawienia pszczelarzy zawodowych, pozyskujących miód czy inne produkty w celu utrzymania siebie i rodziny. Oczekujemy na zmianę świadomości amatorów i pasjonatów, którzy na razie płyną z głównym nurtem w pszczelarstwie, gdyż prawdopodobnie nie znają alternatywy. To prawda, że jeden pszczelarz mający 5 uli w ogródku niczego nie zmieni, ale takich pszczelarzy amatorów i pasjonatów są w Polsce tysiące. To oni mają władzę w swoich rękach i mogą wymusić na hodowcach zmianę podaży, kreując popyt na inną pszczołę, niż ta obecnie dostępna na rynku. To amatorzy pasjonaci mogą siłą swojej liczebności i łączną siłą ilości posiadanych przez siebie rodzin pszczelich zmienić bieżącą sytuację. Muszą tylko mieć świadomość alternatywy, o której do tej pory mówiło się w Polsce niewiele.

Autor „Polemiki” zarzuca nam również, że propagując dobór (wbrew temu, co Pan pisze, dobór nie zawsze jest „losowy”, choć nie zawsze musi być nastawiony na odporność na pasożyta) i selekcję naturalną i krytykując sposób postępowania hodowców, sami jako remedium proponujemy selekcję cech pszczół pod kątem higienicznym. Wszyscy wiemy, jakie pszczoły posiada 99% pszczelarzy. Pszczoły te nie przejawiają pożądanych zachowań higienicznych (przejawiają za to coraz wyższą miodność i łagodność pozwalającą na pracę bez kapelusza), a ich szanse na przetrwanie w starciu z roztoczem są znikome. Doskonale wiemy to zarówno my w Stowarzyszeniu jak i Pan Marek Lasocki oraz praktycznie wszyscy pszczelarze. Selekcja może być pierwszym krokiem tak zwanego „okresu przejściowego”, w którym teoretycznie (w naszym, ludzkim rozumieniu – być może błędnym, kto wie?) jesteśmy w stanie zwiększyć szanse pszczół na obronę przed roztoczem. Obserwując we własnej pasiece kilka cech przez kilka lat, jesteśmy w stanie upowszechnić zachowania sprzyjające walce z warrozą w puli genetycznej naszych lokalnych pszczół. Wcale nie jesteśmy pewni, czy ten krok na pewno przyniesie pożądany skutek, ale teoretycznie może zapobiec „rozszerzonemu samobójstwu” i zwiększyć możliwości przeżycia większego procenta populacji w toku selekcji naturalnej. Z racji naszych (zwłaszcza moich) wątpliwości, w podsumowaniu jednego z artykułów podkreśliliśmy tę niepewność, podobną wątpliwość wyraził również Autor „Polemiki”. W procesie selekcji cech pożądanych (zgodnie z pewnym założeniem hodowlanym), w czasie okresu przejściowego jeden z nas stosował ograniczone ilości olejków (tymolu), co też zostało w „Polemice” skrupulatnie wypomniane. Mogę tu przytoczyć dokładnie ten sam argument, jaki przytoczyłem parę zdań wyżej – powodem zastosowania olejku była potrzeba wspomożenia procesu hodowlanego w okresie przejściowym. Wydaje się, że nie stoi to w sprzeczności z długofalowym celem pierwszego etapu selekcji, jakim, w myśl założeń, jest „zagęszczenie” pożądanych cech w lokalnej populacji.

Autor „Polemiki” wielokrotnie odwołuje się do zasad ewolucji gatunków. Mam jednak wrażenie, że nie do końca rozumie procesy kształtowania współzależności gatunków – również tych w relacji pasożyt-żywiciel, a w szczególności relacji Apis melliferaVarroa destructor. Słusznie wskazano, że Varroa jest gatunkiem inwazyjnym, niemniej jednak dziś już musimy go – niestety – uznać za naturalnego pasożyta pszczoły miodnej, choć historycznie takim nie był. Nie możemy zamykać oczu na stan faktyczny: Varroa jest z nami i już zawsze będzie. Zastanawiam się jaką alternatywną metodę trzeba by zaproponować, skoro dotychczasowe próby „wybicia roztocza do nogi” nie przyniosły i nie przynoszą pozytywnych rezultatów (osobiście uważam, że w przyszłości również nie mają najmniejszych szans na sukces). Jedyną długofalową drogą do rozwiązania problemu jest „nauczenie” (proszę znów wybaczyć uproszczenie) obu gatunków współistnienia. I nie da się tego robić przeciwko naturze, niwelując presję selekcyjną na jeden z nich, a zacieśniając presję na drugi, gdyż nie prowadzi to w kierunku wytworzenia naturalnej równowagi.

W „Polemice” zanegowano możliwość szybkiego wytworzenia przystosowań ewolucyjnych (Autor zakłada, że potrwa to minimum dziesięć tysięcy pokoleń, co w przypadku pszczół równe jest w przybliżeniu dziesięciu tysiącom lat), a zakładane przez nas (i dowiedzione przez dziesiątki przykładów ze świata – porównaj forum Beesource i doświadczenia pszczelarzy organicznych) szybkie, wręcz kilkuletnie przystosowanie nazywa mitem. Doświadczenia pszczelarzy (również w Polsce), wskazują, że niegdyś skuteczny zabieg „4×4” (4 zabiegi apiwarolem co 4 dni) nie są już skuteczne z uwagi na przyspieszenie (lub zmianę) cyklu rozwoju roztocza spowodowane leczeniem. Obserwacje (porównaj doświadczenia opisane przez hodowcę pszczoły Elgon, Erika Osterlunda: http://www.elgon.es/diary/?p=799) wskazują, że Varroa bądź to przyspieszyła cykl życiowy i reprodukcję, bądź to nauczyła się wchodzić do komórki pszczelej, gdzie przeczekuje potencjalne zagrożenie oddziaływania chemii. Zabieg, który był skuteczny jeszcze parę lat temu, dziś już nie jest – i niezależnie od tego, czy wynika to ze zmiany cyklu życiowego roztoczy, czy też wykształcenia oporności na stosowane leki, świadczy to o błyskawicznej zmianie ewolucyjnej na przestrzeni maksymalnie kilkudziesięciu pokoleń. Już sam ten fakt dowodzi, że ewolucja nie musi czekać dziesiątek tysięcy lat aby wywrzeć zmiany. Im silniejsza presja tym zmiany będą szybsze i głębsze. Odporność roztoczy na presję leczenia świadczy dla mnie o ich „wzmocnieniu”. Czy leczenie „osłabia” pszczoły? Jeśli zdejmiemy z pszczół ewolucyjną presję wywieraną przez roztocze (poprzez leczenie) i dodamy do tego negatywne skutki toksyn, bezwzględnie osłabimy tym pszczoły. Chyba każdy pszczelarz śledzący wieloletnie cykle życiowe pszczół, ma świadomość, że każdego roku statystycznie (z rocznymi odchyleniami) zwiększa się śmiertelność pszczoły miodnej. Zamiast maleć, co mogłoby świadczyć o budowaniu przystosowania, rośnie. W przypadku silnej presji ewolucyjnej przyroda przystosowuje gatunki do przetrwania za pomocą tak zwanych „wąskich gardeł” (z niezrozumiałych dla mnie względów Autor „Polemiki” uznaje je za zagrożenia dryfem genetycznym – osobiście daleko większe zagrożenie ograniczenia puli genetycznej upatruję w pracy hodowlanej i inbredzie). Pszczelarze stosują przecież bardzo silną presję na roztocze, a ono mimo to przeżywa. Dlaczego więc odmawiamy tej zdolności innemu gatunkowi? Skoro zasada „wąskiego gardła” sprawdza się w przypadku adaptujących się roztoczy, dlaczego nie miałaby się sprawdzić w przypadku pszczół? Zgadzam się z Autorem „Polemiki”, że mechanizmy obronne dzisiejszych pszczół są wykształcone na niskim poziomie. Pszczelarze niestety – zapewne nieświadomie – robią wszystko, co w ich mocy, żeby te mechanizmy powstrzymać. W tej sytuacji – zgodnie z twierdzeniem Autora „Polemiki” – droga do wyhodowania pszczoły miodnej odpornej na warrozę wydaje się faktycznie bardzo odległa.

Autor „Polemiki” podkreśla również, że ewolucyjnie roztocze Varroa „nie będzie stało w miejscu”. To prawda. Żaden organizm nie „staje w miejscu” w rozwoju – każdy płynnie i stale dostosowuje się do zmieniających się warunków środowiskowych. Nie znaczy to jednak, że roztocz będzie systematycznie zwiększać swoją zjadliwość – ewolucja może także doprowadzić do jej zmniejszenia. Pamiętajmy, że organizm dostosowuje się do bieżących warunków poprzez eliminację tych, które nie są przystosowane. W toku ewolucji nie zawsze „wygrywa” największy, najszybszy, najzwinniejszy, a czasem ten, który po prostu lepiej gospodaruje zasobami, skuteczniej unika zagrożeń, czy… nie zabija swojego żywiciela. Oznacza to, że jeżeli pozostawimy pszczoły bez leczenia, to umrą te pszczoły, które nie mają wykształconych wystarczających mechanizmów obronnych, ale razem z nimi umrą te roztocza, które najdoskonalej obchodzą pszczele „zabezpieczenia” (upraszczając np. te, które rozmnażają się najszybciej). Jeżeli jednak roztocza wykażą się wielką zjadliwością, wówczas zabiją swoich żywicieli na dużym terenie i z braku możliwości kontynuowania cyklu rozwojowego, umrą wraz z żywicielem. Selekcja naturalna obu gatunków będzie odbywać się więc w kierunku skumulowania u pszczół cech pozwalających na radzenie sobie z Varroa oraz zmniejszenia zjadliwości u pasożyta. Na przykład przeżyją te roztocza, które rozmnażają się wolniej i pozwalają na dłuższe przetrwanie żywiciela – takie właśnie zachowanie świadczyłoby o lepszym przystosowaniu roztocza, gdyż zapewnia mu przetrwanie. Oczywiście ingerencje i chemia zaburzają naturalne cykle przystosowań. W historii badań biologicznych stwierdzono bardzo dużo przypadków ewolucyjnych „kroków w tył” – pierwsze zapisy na ten temat zostały sporządzone przez Karola Darwina jeszcze przed sformułowaniem teorii ewolucji. Zauważył on np. utratę zdolności lotu przez niektóre ptaki czy utratę zmysłu wzroku przez ssaki żyjące pod ziemią. Dziś dla nas jest to oczywiste, ale nie zawsze zastanawiamy się, jakie może to mieć konsekwencje. A oznacza to, że organizmy nie zawsze muszą doskonalić posiadane cechy czy zachowania, a czasem pewne gatunki mogą utracić pewne przystosowania, jeżeli będzie to korzystne dla ich przetrwania (zachowanie jakiegoś przystosowania ma swoją cenę). Podsumowując, nie chodzi zatem o to, by pszczoły poddane selekcji naturalnej pozbyły się ze środowiska „stojącego w miejscu” pasożyta, ale o to, by oba gatunki zrównoważyły swoją relację w sposób, który umożliwiłby im obu przetrwanie. Doprowadzenie do takiego stanu jest możliwe nie tylko w teoretycznych i życzeniowych rozważaniach, ale zostało dowiedzione empirycznie w zagranicznych pasiekach.

Autor przywołał również fakt, że roztocza są nosicielami innych problemów (przenoszą patogeny powodujące najróżniejsze schorzenia). Jest to prawda. Ale prawdą jest, że obecnie, kiedy w pasiekach używa się znacząco więcej chemii niż kiedykolwiek w historii, pszczoły są coraz bardziej podatne na schorzenia, które niegdyś nie były problemem. I twierdzenie, że to tylko przez roztocza jest półprawdą i uproszczeniem. Pszczoły stały się bowiem bardziej podatne na choroby z uwagi niszczenie ich mechanizmów odpornościowych przez chemię.

W „Polemice” Autor przywołał postać Kirka Webstera (www.kirkwebster.com), jednego z „guru wolnego pszczelarstwa”. Co ciekawe, pisze o nim z ironią, nawiązując do jego wypowiedzi, jakoby warroza była „przyjacielem i sprzymierzeńcem” pszczół. Zdanie wyrwane jest z kontekstu i mam świadomość, że brzmi ono dla większości pszczelarzy szokująco. Nie da się jednak ukryć, że Kirk Webster prowadzi komercyjną pasiekę (z której się utrzymuje), nie zwalczając roztoczy. Robi to od parunastu lat. Przywoływanie jego postaci w ironicznych stwierdzeniach, mające na celu podkopanie jego dorobku, jest co najmniej dziwne, bo przecież cały świat pszczelarski pragnąłby mieć takie sukcesy i osiągnięcia, jak wspomniany pszczelarz (zakładam jednak, że większość pszczelarzy nie jest świadoma sukcesów czy w ogóle istnienia pana Webstera). Proponuję najpierw zapoznać się z jego dorobkiem i wówczas ewentualnie wygłaszać opinie na jego temat. Kirk Webster faktycznie traktuje roztocza jako „sprzymierzeńców” – sprzymierzeńców w prowadzonej systematycznie selekcji naturalnej, która eliminuje z jego pasieki osobniki najsłabsze, podatne na choroby, nie radzące sobie z bieżącymi warunkami środowiskowymi. Warroza jest w jego pasiece papierkiem lakmusowym nieprzystosowania. Eliminacja następuje w całkowicie akceptowalnym procencie – podejrzewam, że niższym, niż w niejednej pasiece, w której do zwalczania roztoczy używa się twardej chemii. Kirk Webster wymieniał również doświadczenia z fińskim pszczelarzem Juhanim Lundenem, który nie zwalcza roztoczy od 2008 roku. Zainteresowanym proponuję zapoznanie się z publikacjami tego pszczelarza. Można z nich wyciągnąć wiele ciekawych wniosków.

Na koniec muszę stwierdzić, że obawy Pana Lasockiego dotyczące eliminacji pszczół i olbrzymiej katastrofy ekologicznej i ekonomicznej powodowanej przez nasze Stowarzyszenie, są stanowczo przesadzone, gdyż jedynie garstka osób podejmuje działania w kierunku selekcji naturalnej pszczół. Tym samym nic nie „zagraża” znaczącej większości ze wspomnianego w „Polemice” miliona dwustu tysięcy rodzin pszczelich. Osobiście uważam, że zarówno ekonomia, jak i ekologia skorzystałyby na jednorazowym gwałtownym odstawieniu chemii. Populacje pszczół, wbrew pozorom, bardzo łatwo się odbudowują i można do tego wykorzystać najróżniejsze metody gospodarki pasiecznej. Organiczni pszczelarze amerykańscy (np. Sam Comfort – http://anarchyapiaries.org/, czy Samuel Parker – http://www.tfb.podbean.com/) propagują na przykład metodę nazywaną przez nich „Pszczelarskim Modelem Ekspansji”, polegającą na błyskawicznym namnażaniu rodzin pszczelich – jedną rodzinę dzielą na maksymalną liczbę małych odkładów (wręcz „weselnych”), które do zimowli powoli dochodzą do siły. W ten sposób można z jednej rodziny zrobić nawet do dziesięciu rocznie, co z naddatkiem rekompensuje bieżące straty (amerykanie nazywają to „outbreeding Varroa”). Rzecz jasna, z takich rodzin miodu nie będzie (a często wymagają one wręcz karmienia) – wracamy więc, niestety, do problemu „jednego słoika”… Według doświadczeń owych pszczelarzy, metoda ta pozwala na przestrzeni kilku lat doprowadzić do bardzo wysokiej przeżywalności rodzin pszczelich, co z kolei umożliwia stworzenie pasieki ekonomicznie opłacalnej, a nie wymagającej przy tym zwalczania roztoczy. W pszczelarstwie naturalnym problemem jest indywidualna wydajność rodziny pszczelej i konieczność ograniczenia intensywnych metod pasiecznych (argumenty ekonomiczne). Ale pasjonaci i amatorzy nie są aż tak związani ekonomią, jak zawodowcy. Mogą prowadzić własną selekcję wspomaganą naturalnymi procesami, ale mogą również czerpać z dorobku innych – wybór należy do nich. Mam nadzieję, że wraz ze wzrostem świadomości ekologicznej i pszczelarskiej, przy zakupie matek, będą oni wybierać te, mające już za sobą „wąskie gardło ewolucyjne”, a nie te, które gwarantują „o jeden słoik więcej”. W tym tkwi potencjalna siła idei pszczelarstwa naturalnego i na tym opiera się nadzieja naszego Stowarzyszenia. Proces ten można rozłożyć na lata, nie narażając miliona rodzin pszczelich na „hekatombę”. Pszczelarze często nie dostrzegają olbrzymich negatywnych zmian w genetyce pszczoły jakie spowodowali. Twierdzą, że akceptują przyrodę i przyjmują wszystko to, co przyroda im daje. To przywodzi mi na myśl cytat amerykańskiego przemysłowca Henrego Forda, który pierwszy wprowadził taśmową produkcję do manufaktur, tworząc tym samym nowoczesną fabrykę: „Może sobie pan zażyczyć samochód w każdym kolorze, byle by był to czarny”. Pszczelarze również akceptują naturę tylko wówczas, gdy pszczoły spełniają ich oczekiwania: są miodne, łagodne, nierojliwe, a ich rozwój w sezonie jest szybki i przewidywalny. Niegdyś pszczoła taka nie była. Pozwolę sobie zakończyć ten artykuł nawiązaniem do zakończenia „Polemiki”. Autor pisze: „W obecnej sytuacji obawiam się, że zachęcają Panowie do zrobienia kroku naprzód przez kogoś, kto stoi nad przepaścią”. Otóż czasem trzeba skoczyć w przepaść, aby rozwinąć skrzydła.

Bartłomiej Maleta

Stowarzyszenie Pszczelarstwa Naturalnego „Wolne Pszczoły”

The post “Może sobie pan zażyczyć samochód w każdym kolorze, byle by był to czarny” first appeared on Wolne Pszczoły.

]]>
O tym jak chciano powiększyć pszczołę http://wolnepszczoly.netlify.app/o-tym-jak-chciano-powiekszyc-pszczole/ Mon, 14 Mar 2016 11:00:25 +0000 http://wolnepszczoly.netlify.app/?p=1019 Artykuł został opublikowany w marcowym numerze miesięcznika “Pszczelarstwo” 03/2016   Dzisiaj mało kto myśli o prowadzeniu pasieki bez woskowego arkusza węzy pszczelej. Węza zrewolucjonizowała pszczelarstwo, wprowadziła postęp, automatyzację i łatwość obsługi rodzin pszczelich. Niestety postępu nie da się zatrzymać, a dla pszczół ten postęp okazuje się zgubny. Obecnie na rynku mamy ogromną liczbę producentów węzy, […]

The post O tym jak chciano powiększyć pszczołę first appeared on Wolne Pszczoły.

]]>
Artykuł został opublikowany w marcowym numerze miesięcznika “Pszczelarstwo” 03/2016

 

Dzisiaj mało kto myśli o prowadzeniu pasieki bez woskowego arkusza węzy pszczelej. Węza zrewolucjonizowała pszczelarstwo, wprowadziła postęp, automatyzację i łatwość obsługi rodzin pszczelich. Niestety postępu nie da się zatrzymać, a dla pszczół ten postęp okazuje się zgubny. Obecnie na rynku mamy ogromną liczbę producentów węzy, wytwarzających ją z wosku powierzonego lub wosku, który skupują od innych pszczelarzy. Dzisiaj węzę możemy już otrzymać nie ruszając się z domu. Dwa kliknięcia myszką i za parę dni u naszych drzwi stoi kurier z „pachnącym woskiem” w formie wytłoczonych arkuszy. Ale skąd ona się wzięła? Kiedy zaczęto ją stosować? I dlaczego właśnie taką?

Pierwsze arkusze woskowe z wytłoczonymi zaczątkami komórek pszczelich wytworzone zostały w Niemczech w roku 1842 przez Gottlieba Kretschmera. Z kolei na kontynencie amerykańskim pierwszą węzę zaczął produkować Amos Ives Root w 1876 r. Root produkował węzę o jednakowym rozmiarze komórki wynoszącym 5.1 mm, który wynikał z uśrednionych pomiarów „dzikiego” plastra pszczoły włoskiej (5 komórek pszczelich na cal). Pomiar ten zbliżony był do wyników, jakie uzyskał kilkadziesiąt lat wcześniej szwajcarski badacz Francis Huber (5.08 mm).

Pomiar komórek pszczelich
Pomiar komórek pszczelich

Z kolei w Europie, jeszcze w roku 1891, belgijskie arkusze węzy na 1 dm2 posiadały około 920 komórek pszczelich, co dawało komórki w rozmiarze 4.8-4.9 mm. Niestety później prof. Ursmar Baudoux z Belgii zaczął przedstawiać w prasie branżowej swoje doświadczenia z różnymi rozmiarami komórek, w których przekonywał, namawiał i zalecał stosowanie większych komórek pszczelich. Od tego czasu ten powiększony rozmiar został przyjęty jako standard, który obowiązuje aż do dnia dzisiejszego praktycznie na całym świecie.

Dziś zwolennicy i przeciwnicy „małej” lub „dużej” pszczoły spierają się o to, czy rozmiar komórki pszczelej wytłoczony na węzie jest przyczyną obecnych problemów pszczół. Nie da się zaprzeczyć, że istnieje korelacja czasowa między początkiem tych problemów (w tym związanych z chorobą roztoczową wywołaną przez świdraczka pszczelego) i wprowadzeniem węzy z powiększoną komórką. Ale pojawienie się węzy pozostawało również w korelacji z innymi negatywnymi czynnikami zmieniającymi warunki życia pszczoły, takimi jak nadmierna selekcja pszczół w kierunku eliminacji niektórych niekorzystnych cech dzikich pszczół oraz wzmocnienia cech ekonomicznie pożądanych, zmiana metod pasiecznych, masowe wywożenie pszczół na pożytki, wprowadzanie mechanizacji obsługi rodzin pszczelich, walka z rojliwością i liczbą trutni w rodzinie pszczelej, czy wreszcie masowe wybieranie miodu i karmienie pszczół sztucznym pokarmem (czyli cukrem). Zapewne wszystkie te czynniki mają mniejszy lub większy wpływ na ogólne zdrowie populacji. Dee Lusby, prekursorka pszczelarstwa organicznego z Ariony (USA) uważa powiększenie komórki pszczelej za praprzyczynę większości problemów, z jakimi boryka się dzisiejsze pszczelarstwo, w tym ogromnej śmiertelności rodzin pszczelich spowodowanej przez warrozę czy CCD.

Pszczelarze-badacze, żyjący w okresie przedwojennym, a w szczególności Teofil Ciesielski i Leonard Weber w swych pracach podawali rozmiar naturalnych komórek pszczelich i jest to rozmiar zdecydowanie mniejszy niż standardowy wymiar komórki na węzie oferowanej obecnie w sprzedaży.

T. Ciesielski w swoim dziele “Bartnictwo czyli Hodowla Pszczół dla zysku oparta na Nauce i Wielostronnem doświadczeniu” (rok 1888) pisze na temat komórki pszczelej w taki oto sposób:

„Rój osadzony w ulu, buduje najpierw komórki robocze czyli pszczelne, z tego powodu tak zwane, że – jak później poznamy – wylęgają się w nich pszczoły robocze, Komórki pszczelne są 13mm. (6 linii) głębokie, a prawie 5mm (2 2/5 linii) szerokie, pięć takich komórek czyni jeden cal, a wskutek tego niektórzy pszczelarze chcieli na wielkości komórek pszczelnych oprzeć miarę, której by należało używać przy budowie uli; jest to jednakże rzeczą zupełnie niemożliwą, gdyż snadnie przekonać się można, że komórki stosuje się zawsze do wielkości pszczół; większe pszczoły budują większe komórki, mniejsze budują (u borówek łatwo to wpada w oko) mniejsze.”

Natomiast Leonard Weber w książce „Hodowla Pszczół według Nowoczesnych zasad Pszczelnictwa…” (rok. 1920) tak opisuje komórki pszczele na plastrze:

„Nie wszystkie komórki jednego plastra są jednakowych rozmiarów, lecz są mniejsze i większe; tamte są robocze i jest ich znacznie więcej od tych, które są trutowe. Wymiary komórek są podległe różnicom; dokładne pomiary ustaliły jednak niektóre pośrednie, z których podajemy najważniejsze:

  1. Komórka robocza od ściany włącznie z grubością ścianek mierzy milimetrów 5,115. Rozmiary skrajne dla tych komórek są milim. 4,98 i 5,38. Przestrzeń wewnątrz między dwoma ścianami naprzemianległymi komórki roboczej 5,004 (…).”

Już na podstawie tych dwóch fragmentów widać, że komórka pszczela w naturalnie budowanych plastrach nie osiągała tak dużych rozmiarów, jakie obecnie pszczoły muszą odbudowywać na węzie.

T. Ciesielski poczynił również ciekawe doświadczenia dotyczące wychowu większej pszczoły . Eksperyment polegał na próbie skłonienia matki pszczelej do zaczerwienia komórek trutowych zapłodnionymi jajeczkami. Badacz zadał sobie pytanie, czy w komórkach większych od zwykłych komórek robotnic wykształci się odpowiednio większa robotnica. W tamtym okresie uważano, że pszczoła większych rozmiarów będzie miała lepsze warunki do zbierania większych ilości nektaru. Nie mając możliwości pozyskania odpowiedniej węzy (z komórkami większymi od standardowych o 0.2-0.3 mm) zastosował plaster z komórkami trutowymi. Ciesielskiemu nie udało się jednak wyhodować większych pszczół robotnic. Matka zaczerwiała nieliczne komórki, które po pewnym czasie zostały oczyszczone przez pszczoły, a wkrótce królowa przestawała czerwić w ogóle. Gdy natomiast umieścił w ulu doświadczalnym odbudowane plastry z komórką robotnic, matka zaczerwiała je praktycznie od razu. Autor eksperymentu tak formułuje wnioski:

„Z tego pokazuje się, że tą drogą nie da się wychować rasy większych pszczół; zdaje się wszakże, iż możnaby dopiąć tego celu wtedy, gdyby się używało stopniowo coraz większych komórek roboczych sztucznie zrobionych, przy równoczesnej zmianie matek, przez takie każdorazowe większe robotnice wychowanych. Ze stanowiska nauki jest to możliwem; a gdyby się pokazało, że taką sztuczną hodowlą powiększone pszczoły nie straciłyby na rześkości, sile i pracowitości, to moglibyśmy spodziewać się od nich większego zysku, gdyż niejeden kwiatek, którego nektar dziś nie jest dostępny dla krótkiej trąbki naszej pszczoły roboczej, stałby się przystępnym dla dłuższego smoczka powiększonej pszczółki.”

W późniejszych latach temat powiększenia komórki przestał wzbudzać emocje u pszczelarzy i badaczy. Węza z powiększoną komórką po prostu stała się pszczelarskim standardem.

W „Pszczelarstwie” z 1955 r. w kolumnie „Czytelnicy piszą” można odnaleźć wypowiedź zatroskanego pszczelarza, który w krótkim artykule „Jeszcze o większych komórkach” przedstawia swoje obawy co do zasadności wprowadzenia powiększonych rozmiarów komórek na węzie. Autor tekstu pisze: „Czy przy użyciu węzy o większych komórkach można wyhodować większe pszczoły robotnice? – Tak jest – można – ale osobniki pszczele wyhodowane w większych komórkach będą zjawiskiem przejściowym, nie będą przekazywać tej cechy potomstwu (większy plon). Pszczoły takie budują plastry o normalnych komórkach, większe komórki będą często zwężać, a matka, mając do wyboru plastry o komórkach normalnych i powiększonych, do tych ostatnich często będzie składać jajeczka trutowe. Wyniknie z tego więcej kłopotów niż pożytku…”

Dlaczego więc ostatecznie zdecydowano się umieścić na arkuszu węzy powiększoną komórkę?

W znanych i dostępnych historycznych zapisach sporów prowadzonych przez badaczy można potencjalnie wskazać na dwa główne powody powiększenia komórki pszczelej i utrwalenia tego standardu na obecnych arkuszach węzy.

Pierwsza hipotetyczna przyczyna wynika z pobudek czysto ekonomicznych. Jak wskazywały obserwacje i badania (a może tylko przypuszczenia wynikające ze ”sposobu myślenia” badaczy i ich pobożnych życzeń?) prowadzone w XIX wieku, większa anatomicznie pszczoła przynosiła większe ilości nektaru. Uznano również, że większa pszczoła będzie dysponowała dłuższym języczkiem i tym samym skorzysta z nektaru niedostępnego dla pszczoły mniejszej.

Druga hipoteza to pomyłka w pomiarach wielkości komórki na plastrze lub też świadomy zabieg producentów węzy, mający na celu udowodnienie, że pszczoły w naturze budowały tak duże komórki na czerw robotnic, jaki znajduje się na wytłoczonych arkuszach.

Wspomniany już powyżej belgijski Profesor Baudox rozpoczął eksperyment, który miał polegać na stopniowym powiększaniu komórki pszczelej do rozmiaru, przy którym na 1 dm2 miało przypadać około 700 komórek pszczelich. W tym celu opracowany został model pomiaru ilości komórek na 1 dm2 plastra, licząc obustronnie. Jego doświadczenia doprowadziły wręcz do tego, że w niektórych produkowanych arkuszach węzy komórka mierzyła nawet 5,7 mm. Warto wspomnieć, że w XIX wieku mierzenie komórek pszczelich praktykowano na wiele różnych sposobów w różnych częściach świata. Mierzono liczbę komórek na powierzchni 1 dm2 (zarówno w kwadracie, jak i w rombie), mierzono długość dziesięciu komórek od ścianki do ścianki, używając przy tym różnych jednostek pomiarowych (zarówno cali, jak i centymetrów), a także przyjmowano różne punkty początkowe i końcowe pomiarów (mierzono szerokość komórki, bądź to od wewnętrznej do wewnętrznej krawędzi ścianki, bądź też wliczając do pomiaru ich grubość).

Można więc przypuszczać, że błędne pomiary, jakie wykonywano w opisanych powyżej warunkach po obu stronach oceanu, ale również w różnych jednostkach na kontynencie europejskim, spowodowały tak wielkie zamieszanie, że przyczyniały się do wytworzenia, a w dalszej kolejności do utrwalenia błędnego standardu. Trzeba również pamiętać, że w tamtym czasie (w wieku błyskotliwych odkryć naukowych, rozwoju przemysłu, rolnictwa, ale także nauk społecznych i kultury) za wszelką cenę chciano udoskonalić pszczołę i poprawić jej wydajność – stąd hipoteza o celowym powiększeniu wydaje się bardziej prawdopodobna. Można zatem sądzić, że ewentualny chaos w obliczeniach rozmiaru komórek robotnic był raczej skwapliwie wykorzystywany przez pomysłodawców i producentów węzy do uzasadnienia stworzenia „super-pszczoły”. Argumenty i „fakty” przytaczane przez Baudoux miały na celu udowodnienie, że duża pszczoła przyniesie więcej miodu oraz że duża pszczoła to pszczoła silna i zdrowa. Było to niewątpliwie zgodne z duchem tamtych czasów, w których zachwycano się zdolnościami człowieka do kreowania swojego otoczenia. Rzekome doświadczenia porównawcze miały potwierdzić założenia profesora Baudoux – podobno rodziny pszczele żyjące na plastrach budowanych na węzie o powiększonej komórce, zbierały o 30% więcej miodu niż te prowadzone na plastrach o komórkach zbliżonych do 5.0 mm.

Dzisiejsze badania nie potwierdzają zależności wykazywanej przez Baudoux i innych dziewiętnastowiecznych zwolenników węzy, która miała zagwarantować pszczelarstwu świetlaną przyszłość. Dzisiejsze obserwacje nie potwierdzają pozytywnego związku między większą pszczołą a większymi zbiorami miodu, a kondycja pszczół, jak wiemy, nie uległa poprawie. Do dzisiaj węza o standardowej (czyli powiększonej) komórce stanowi ogromną większość na rynku i w pasiekach. Obecny stan wiedzy oraz liczne badania naukowe (Olszewski i wsp. 2010; McMillan i Brown 2006; Kober 2003) pozwalają stwierdzić, że komórka pszczela zarysowana na arkuszu węzy powinna być zbliżona do wymiarów 4.9-5.1 mm. Wielkości te, choć nie są idealnym odwzorowaniem budowanych w naturalny sposób komórek, zbliżają je do pierwotnej, naturalnej wielkości komórki pszczelej robotnicy na dzikim plastrze. Dziś, kiedy zwiększa się świadomość społeczeństwa i wielu z nas dostrzega negatywne skutki rozwoju cywilizacyjnego dla naszego zdrowia i stanu środowiska, musimy zacząć zastanawiać się nad tym, czy wciąż powinniśmy hołdować dziewiętnastowiecznemu dążeniu do „poprawy” doskonałości przyrody i pszczoły miodnej.

Łukasz Łapka

Artykuł został opublikowany w marcowym numerze miesięcznika “Pszczelarstwo” 03/2016

The post O tym jak chciano powiększyć pszczołę first appeared on Wolne Pszczoły.

]]>
Zapomnieliśmy co dla Niej dobre… czyli analiza grzechów pszczelarstwa ostatnich dziesięcioleci – WĘZA http://wolnepszczoly.netlify.app/zapomnielismy-co-dla-niej-dobre-czyli-analiza-grzechow-pszczelarstwa-ostatnich-dziesiecioleci-weza/ Mon, 07 Mar 2016 12:30:15 +0000 http://wolnepszczoly.netlify.app/?p=1011 Artykuł został opublikowany w marcowym numerze miesięcznika “Pszczelarstwo” 03/2016 Wstęp W publikacjach omawiających gospodarkę pasieczną i w opracowaniach naukowych coraz częściej pisze się o małej komórce i małej pszczole. Coraz częściej przywołuje się również badania ukazujące, że pszczoły pochodzące z plastrów budowanych na węzie z komórką w rozmiarze 4.9 mm są zdrowsze, żyją dłużej, wykazują […]

The post Zapomnieliśmy co dla Niej dobre… czyli analiza grzechów pszczelarstwa ostatnich dziesięcioleci – WĘZA first appeared on Wolne Pszczoły.

]]>
Artykuł został opublikowany w marcowym numerze miesięcznika “Pszczelarstwo” 03/2016

Wstęp

W publikacjach omawiających gospodarkę pasieczną i w opracowaniach naukowych coraz częściej pisze się o małej komórce i małej pszczole. Coraz częściej przywołuje się również badania ukazujące, że pszczoły pochodzące z plastrów budowanych na węzie z komórką w rozmiarze 4.9 mm są zdrowsze, żyją dłużej, wykazują się większą higienicznością i wigorem. Ale czy tak naprawdę węza jest tym, czego potrzebuje naturalna pszczoła? Czy węza sama w sobie nie jest nienaturalną próbą regulacji sposobu w jaki żyje pszczeli superorganizm ? Pragniemy wszystko kontrolować, nadzorować, poprawiać i wszystko układamy według swojej perspektywy. To nasza ludzka przypadłość.

Bezwęzowa ramka zabudowana przez pszczoły
Bezwęzowa ramka zabudowana przez pszczoły

Węza pszczela jest jedną ze zdobyczy rewolucji technologicznej XIX wieku. Rewolucji, która dotknęła praktycznie wszystkich gałęzi przemysłu i rolnictwa. W publikacji pt. „Mała komórka” („Pasieka” 6/2014) Sławomir Trzybiński pisze: “Bez węzy nikt obecnie nie wyobraża sobie gospodarowania, a utrzymywanie pszczół na plastrach budowanych naturalnie to działalność stricte hobbystyczna lub mająca ożywić dawno zaginiony folklor. Przykładem takich poczynań jest dzianie barci w naturalnych kompleksach leśnych, realizowane dzięki zaangażowaniu dużych środków unijnych.

Cóż. Ja wyobrażam sobie gospodarowanie bez węzy i prowadzę pasiekę właśnie w taki sposób, używając zupełnie standardowego ula korpusowego (część uli z pełną ramką wielkopolską, część z ramką obniżoną do 18 cm) i wcale nie uważam tego za folklor. Wirowanie ramek, które wybudowane są bez węzy i drutowania, również nie stanowi problemu, a w tym roku udało mi się nawet odwirować świeży nieprzeczerwiony plaster bez jego uszkodzenia.

Kiedy zaczynałem moją pszczelarską przygodę, poniekąd „wmówiono mi”, że inaczej się nie da. Stosowanie węzy jest tak oczywiste, że z każdej publikacji czy podręcznika można wyczytać, iż węza jest niezbędna do prowadzenia pasieki. Nikt nawet nie wspomniał o tym, że można uprawiać pszczelarstwo bez węzy, ale jest ono traktowane jako próba „ożywienia dawno zaginionego folkloru”. Po prostu uwierzyłem, że muszę jej używać, bo nie ma innego wyjścia. Więc na początku wszystkie ramki, jakie podawałem pszczołom były odrutowane i posiadały wprawiony woskowy arkusz. Wprawianie węzy było dla mnie nie tylko kłopotliwe, ale także kłóciło się z moim wewnętrznym przekonaniem dotyczącym naturalnych potrzeb pszczoły. Inną drogę odnalazłem dopiero wówczas, kiedy trafiłem w internecie na wykłady i publikacje amerykańskiego pioniera pszczelarstwa naturalnego Michaela Busha (www.bushfarms.com/bees), którego już wspominałem we wcześniejszych artykułach. Bush od parunastu lat prowadzi swoją pasiekę bez użycia węzy, a jest on nie tylko jednym z niekwestionowanych autorytetów pszczelarstwa naturalnego, ale także osiąga sukcesy komercyjne i prowadzi wykłady z pszczelarstwa praktycznego.

Rozmiar komórki pszczelej

Wspomniana już powyżej publikacja Sławomira Trzybińskiego zaczyna się od cytatu z podręcznika „Hodowla pszczół” wydanego w 1974 roku (rozdział opracowany przez prof. dra Antoniego Demianowicza). I ja również pozwolę sobie tutaj przytoczyć ten, choć niepełny, fragment: „Na podstawie pomiarów plastrów naturalnych z różnych rejonów Polski, przeprowadzonych przez W. Bojarczuka ustalono, że przeciętna średnica komórek plastrów pszczelich waha się w granicach od 5.20 do 5.70 mm. Przeciętna zaś dla Polski wyniosła 5.38 mm”. Pozwolę sobie odnieść się do tego cytatu i choć przyznam, że jest on wyrwany z kontekstu, to w przytoczonym rozdziale nie znalazłem szerszego komentarza, który rozwiałby moje wątpliwości. Otóż nie wynika z niego jaką metodykę stosowano w tych badaniach i co tak naprawdę rozumiano przez „naturalne plastry”. Tymczasem w publikacji wskazuje się na te obserwacje jako potwierdzające słuszność wyboru węzy pszczelej z komórką rozmiaru 5.4 mm, od której rozmiar „naturalnej” średniej komórki odbiega jedynie o dwie setne milimetra. Badacze, którzy zgłębili temat prawdziwie naturalnej komórki pszczelej podają inne fakty. Pszczoły w różnych rejonach świata budowały średnio różnej wielkości komórki. Właśnie w ten sposób należałoby podawać tę informację – rozmiar jest rozmiarem średnim w naturalnym gnieździe, bowiem każdy naturalny plaster ma inny układ różnej wielkości komórek. Nie zmienia to faktu, że dawniej (przed wprowadzeniem węzy) dla naszej szerokości geograficznej średni rozmiar komórki wahał się w granicach od 4.9 do 5.1 mm. Większe komórki budowane były na miód (i tylko okresowo były zaczerwiane), a mniejsze – w centrum gniazda – na czerw i głównie przy wykorzystaniu tych komórek następował rozwój pszczelej rodziny. A więc mniejsze komórki zaczerwiane były praktycznie przez cały czas, a większe tylko w okresie największej dynamiki rozwoju rodziny pszczelej.

Pomiar komórek pszczelich
Pomiar komórek pszczelich

Przez niektórych pszczelarzy komórka w rozmiarze 4.9 mm traktowana jest jako metoda walki z warrozą. Na jednym internetowych forów znalazłem między innymi taki cytat: „Nie stosowałem i nie mam zamiaru stosować. Z prostej przyczyny są prostsze i skuteczne metody walki z warrozą. Gdyby mała komórka była panaceum na warrozę to pszczoły siedziały by w każdej dziupli w lesie, a tak nie jest”. W tym cytacie przejawia się głębokie niezrozumienie tematu kondycji pszczół w kontekście rozmiaru komórki plastra. Badania nad zdrowiem rodziny pszczelej wychowanej na małej komórce, a w szczególności nad odpornością takiej rodziny na warrozę, prowadził między innymi dr hab. Krzysztof Olszewski z Uniwersytetu Przyrodniczego w Lublinie. Wnioski, które możemy znaleźć, chociażby w materiałach z V Lubelskiej Konferencji Pszczelarskiej, obejmują następujące stwierdzenia: „Utrzymanie rodzin na plastrach o małych komórkach (szerokość 4.90 mm) indukowało ich naturalne mechanizmy odporności na V. destructor. Można je traktować jako czynnik wspomagający selekcję pszczół odpornych na tego pasożyta, gdyż skutkuje zmianą wielu ważnych cech biologicznych związanych z naturalnymi mechanizmami oporności, w tym skróceniem czasu trwania stadium czerwiu zasklepionego”. Badania i obserwacje pszczół hodowanych „na małej komórce” wskazują na fakt, że pszczoła wygryza się nawet o blisko dobę wcześniej niż pszczoła z komórki w rozmiarze 5.4 mm, co przerywa cykl rozwoju roztocza. Doktor Olszewski pisze także: „W warunkach odbiegających od optymalnych utrzymanie rodzin na plastrach o małych komórkach stwarza korzystniejsze warunki wychowu czerwiu, co w połączeniu z selekcją na przeżycie spowodowaną brakiem leczenia przeciw warrozie zwiększa ich tolerancję na inwazję V. destructor, rekompensując spadek produkcyjności powodowany silnym porażeniem przez tego pasożyta”.

Z obserwacji amerykańskich pszczelarzy organicznych wynika, że pszczoły budując nowe, dzikie plastry systematycznie dążą do swojego naturalnego rozmiaru – zapewne zapisanego gdzieś w ich genotypie. Ale rozmiar budowanej komórki wynika nie tylko z uwarunkowań genetycznych, ale także z innych czynników, takich jak pora roku, intensywność pożytków, rasa pszczoły, szerokość geograficzna i klimat, a także umiejscowienie plastra w ulu. Jednym z kluczowych czynników jest również bieżący rozmiar pszczoły, a także rozmiar komórki, z której pochodzi. Pszczoły budują bowiem plaster „pod siebie”. A oznacza to, że pszczoła, która pochodzi z komórki 5.4 lub 5.5 mm (standardowa węza) będzie zachowywać mniej więcej ten rozmiar. Oczekiwanie, że pszczoła z naszego ula już w pierwszym pokoleniu wybuduje naturalny rozmiar komórki swojego praprzodka, jest niczym nieuzasadnione.

Z moich (na razie krótkich) osobistych obserwacji wynika, że „normalne” pszczoły (czyli te nienaturalnie duże, pochodzące z komórki w rozmiarze 5.4 mm) po podaniu pustej ramki bez węzy budują komórki w rozmiarze 5.3 – 5.4, a w każdym następnym pokoleniu tworzą coraz więcej mniejszych komórek. Już w końcu sezonu zauważyłem znacznie więcej plastrów z komórkami w granicach 5.2 – 5.3, a zdarzały się nawet pojedyncze w rozmiarach 5.0 lub 5.1 (przyznam uczciwie, że tych było bardzo niewiele). Według obserwacji pszczelarzy organicznych ze Stanów Zjednoczonych potrzeba około siedmiu, ośmiu pokoleń pszczół wygryzających się z mniejszych komórek i budujących komórki odpowiednie dla swojego bieżącego rozmiaru, aby pszczoła zaczęła budować takie komórki, jakie są całkowicie zgodne z jej naturą i genetyką (średnio rozmiary te już się nie zmieniają). Michael Bush twierdzi, że jego pszczoły w części gniazdowej budują w przeważającej większości komórki od 4.6 do 5.0 mm. Stwierdza także, że jego pszczoły w jego warunkach geograficznych nigdy nie budują komórek robotnic dochodzących do rozmiaru 5.4 mm. Pszczoły, które od wielu pokoleń żyją bez węzy budują „jak im w duszy gra”, a rozpiętość wielkości komórek pszczelich jest naprawdę duża, sięgająca nawet 1 mm (pszczelarze naturalni najczęściej podają 4.4 – 5.3 mm). W naszych polskich warunkach pszczoły, które już przez około dwa sezony funkcjonują na plastrach budowanych na węzie z komórką 4.9 mm, budują plastry bez węzy z komórkami w rozmiarze 4.8 – 5.1 mm w centralnych obszarach plastra.

Badania przeprowadzone nad pszczołami pochodzącymi z komórek wielkości 4.9 mm zbudowanych na standardowej węzie dowodzą, że istnieją zauważalne różnice dotyczące wielkości różnych organów pszczoły miodnej. Wskazano na przykład, że wielkość komórki, z której pochodzi pszczoła może mieć wpływ na długość jej języczka, a co za tym idzie na większą różnorodność odwiedzanych kwiatów. Smakosze o wyjątkowo wrażliwym podniebieniu twierdzą nawet, że przez to miód małej pszczoły smakuje inaczej. Ale nie tylko o smak tutaj chodzi, bo przecież wraz ze zwiększeniem różnorodności źródeł nektaru zmieniają się również właściwości prozdrowotne miodu. Taki miód jest po prostu bogatszy w składniki biologiczne i mineralne. Oponenci kontrują, że „duża” pszczoła przynosi jednostkowo więcej miodu, bo większe jest jej wole miodowe, a przynajmniej tak wynika z dawniejszych badań i obserwacji. Taki był zresztą jeden z argumentów na utrwalenie standardu większej komórki pszczelej, który tak naprawdę początkowo wyniknął z błędu metodyki pomiaru komórek na pszczelim plastrze.

Wracając w tym miejscu do badań W. Bojarczuka przytoczonych przez profesora Demianowicza i mając na względnie powyższe uwagi, można wyciągnąć całkowicie odmienny wniosek od przedstawionego w cytowanych publikacjach. Otóż średnia wielkość komórki budowana przez pszczoły pozbawione węzy była mniejsza od standardowego rozmiaru podawanej węzy, a to świadczyć może już o prawdziwie naturalnej potrzebie pszczół do budowania mniejszych komórek niż te, które staramy się na nich „wymusić”. I te dwie setne milimetra, choć pewnie będące granicą błędu pomiarowego, mogą już wskazywać na pewną tendencję zbliżania do „genetycznego” rozmiaru pszczoły. Nie znam także metodyki pomiaru jaką przyjęto, więc nie mogę się do tego odnieść. Czy zmierzono absolutnie każdą komórkę pszczelą na każdym plastrze, czy tylko jakąś ich część, na przykład w określonym miejscu każdego plastra? W naturalnym plastrze, w górnej części znajdują się większe komórki (na miód), które systematycznie się zmniejszają ku dołowi. Na plastrach moich pszczół, budowanych jest również wiele komórek trutowych, a przejścia pomiędzy komórką robotnicy i trutową są stopniowe. Jeżeli i te komórki były włączone do pomiarów jako komórki robotnic to zapewne znacząco zawyżyły one wyliczoną średnią, a tak naprawdę są one zaczerwiane rzadko lub w ogóle (stąd być może ten przytaczany maksymalny rozmiar 5.7 mm i ogólny wynik tak bliski rozmiarowi 5.4).

Bezwęzowe ramki po wirowaniu
Bezwęzowe ramki po wirowaniu

Pszczoły robotnice pełnią różne zadania w ulu i nie można wykluczyć, że zróżnicowany rozmiar dorosłych pszczół, będący wynikiem efektu naturalnego plastra, powoduje lepsze rozłożenie zadań robotnic czy lepszą ich specjalizację. Oczywiście to tylko pewnego rodzaju hipoteza czy teoria i zapewne wyjątkowo trudna do udowodnienia. Ja nawet nie będę tego próbował, a chcę tylko skłonić pszczelarzy do myślenia i popuszczenia wodzy fantazji. Bo przecież przyroda jest różnorodna i jest to jej siła, a nie słabość. Z różnorodności bierze się plastyczność przystosowań. Badania na innych pszczołowatych (trzmielach) wykazały na przykład, że małe osobniki lepiej znoszą niedożywienie w długich okresach bezpożytkowych i gdy większe umierają z głodu, te mniejsze potrafią przetrwać najcięższy okres. Jak wynika z map naturalnych rozmiarów komórek plastrów pszczoły miodnej, opracowanych na podstawie danych historycznych, w zimniejszych rejonach pszczoły naturalnie budują większe komórki plastra, co skutkuje innym stosunkiem objętości do powierzchni ciała owada i tym samym ma przyczynić się do mniejszej wrażliwości na zmiany temperatury i tym samym do lepszej zimowli. Obecnie musimy brać pod uwagę jeszcze jeden aspekt. Otóż przez ponad sto lat w 99 procentach pasiek pszczoła była hodowana na węzie o komórce robotnic w rozmiarze 5.4 lub 5.5 mm. Na takiej też węzie i komórce prowadzona była jej selekcja na coraz „lepsze” zachowania (rzecz jasna „lepsze” dla nas, pszczelarzy), a więc na większą miodność, łagodność, dynamikę rozwoju. Pośrednio więc w pewnym stopniu wybieraliśmy te, które lepiej funkcjonowały w nienaturalnym ciele, czyli „na większej komórce”, były niejako lepiej zrównoważone metabolicznie czy anatomicznie. I skutkiem tego rugowaliśmy z genomu gatunku te geny, które „źle się czuły” na komórce 5.4 mm, a więc możliwe, że lepiej funkcjonowałyby na komórce naturalnej, zbliżonej do rozmiaru 4.8 – 5.1 mm. Być może, w efekcie tej selekcji, dzisiejsza pszczoła nigdy naturalnie nie zbuduje komórki takiej, jak pszczoły sto lat temu, niezależnie od tego ile pokoleń pszczół nie dostanie od nas węzy pod zabudowę plastra. Jeżeli jednak biologia pszczoły naturalnie zrównoważy się na komórce w średnim rozmiarze około 5.1, a nie 4.9 mm, to dla mnie osobiście większego znaczenia to nie ma. Ważne jest tylko to, żeby umożliwić pszczołom naturalny i zrównoważony rozwój, zgodny z potrzebami gatunku, bo tylko taki zapewni im długowieczność, wigor i odporność na choroby. A to tak naprawdę długofalowo zapewnia brak węzy w ulu.

Trutnie

Jednym z głównych argumentów wprowadzania węzy było ograniczenie możliwości budowania przez pszczoły komórki trutowej. W środowisku pszczelarskim trutnie traktowane są bowiem jako „darmozjady”, a każdy pszczelarz stara się je zwalczać, bo kiedyś wmówiono mu (tak jak mi, że węza jest niezbędna), że przez dużą liczbę trutni zbiory miodu są mniejsze. Być może to prawda, a być może nie. Obserwacje niektórych doświadczonych pszczelarzy zawodowych i hodowców, wskazują, że w rodzinach, w których pozwolono pszczołom na wychowanie tylu trutni ile uważały za stosowne, zbiory miodu nie uległy pomniejszeniu, a nawet wzrosły. Musimy mieć na uwadze, że pszczoły działają zgodnie ze swoim naturalnym cyklem biologicznym i będą z całą mocą starały się zaspokoić swoje instynkty. Jeżeli uniemożliwimy im realizowanie potrzeb, to tym samym, wprowadzając dodatkowy stres do rodziny, działamy przeciw pszczołom, zamiast starać się podążać za nimi. Prawdopodobnie zrównoważona wewnętrznie rodzina pszczela, zaspokajająca swoje naturalne biologiczne instynkty rozrodcze, pracuje wydajniej i zapewne równoważy to ilość miodu zjadanego przez „darmozjady”. Jest to znów tylko pewnego rodzaju hipoteza, ale jest ona zgodna z przytoczonymi powyżej obserwacjami.

Nadto, w związku z dłuższym cyklem rozwoju, czerw trutowy staje się pewnego rodzaju magnesem na różne pszczele dolegliwości – w tym roztocze Varroa. Każdy pszczelarz wie, że Varroa „woli” czerw trutowy. Tą prawidłowość i wiedzę wykorzystuje się do jednej z metod zwalczania warrozy – moim zdaniem wyjątkowo niehumanitarnej – czyli tzw. „ramki pracy”. Wycinając czerw trutowy pszczelarze, we własnym mniemaniu, pozbywają się części swojego problemu. Tymczasem, takimi działaniami tak naprawdę długofalowo selekcjonujemy roztocza na rozmnażanie się w komórkach robotnic – zwłaszcza gdy te powiększone są do rozmiaru 5.4 mm (przeżywają i dalej rozmnażają się te, które wybrały komórki robotnic, a nie trutowe). Natomiast brak czerwiu trutowego w połączeniu z powiększoną komórką powoduje, że pszczele choroby zaczynają się szerzyć błyskawicznie wśród niezrównoważonych metabolicznie i anatomicznie pszczół robotnic. Nie wdając się w szczegóły, obserwacje pszczelarzy naturalnych z Zachodu (np. tu, niestety w języku angielskim: http://www.resistantbees.com/droh_e.html) wskazują, że dzięki obecności trutni w ulu, pszczoły robotnice pozostają zdrowsze, a w końcu lata, w czasie wyganiania trutni, rodzina pszczela w zupełnie naturalny sposób oczyszcza się co zapewnia jej pójście do zimowli w dobrej kondycji.

Rola trutni w rodzinie pszczelej nie została do końca wyjaśniona i często mówi się, że trutnie także wygrzewają czerw i współuczestniczą w wentylowaniu ula. Czy pełnią również inne zadania? Uważam, że powinniśmy zaufać naturze, która w toku ewolucji wypracowała najlepsze rozwiązania dla organizmów żywych. Nie ulega wątpliwości, że i tu węza jest dla natury przeszkodą.

Podsumowanie

Węza ma nie tylko wpływ na rozmiar czy zaspokajanie instynktu rozrodczego pszczół, ale także stanowi potencjalne źródło skażenia środowiska życia rodziny pszczelej. 90% obecnych w ulach substancji chemicznych wprowadzanych jest bezpośrednio przez pszczelarzy w czasie „leczenia” pszczół. Przetapianie plastrów na nowe arkusze węzy powoduje ponowne wprowadzenie do uli tych samych toksyn, a to zamyka obieg chemii w gospodarce pasiecznej i z każdym cyklem powoduje kumulowanie się coraz większej ilości pozostałości rozkładu chemicznego „leków”. Te zanieczyszczenia negatywnie wpływają nie tylko na same pszczoły, ale również na całe ich środowisko.

Pszczoły potrzebują naturalnego rozwoju w naturalnym gnieździe. Mogę zrozumieć obawy niektórych wielkotowarowych pszczelarzy zawodowych, dotyczące utrudnień w pracy związanych z krzywymi plastrami czy zlepieniem kilku ramek pszczelim plastrem, choć mając własne doświadczenia w pracy bez węzy, nie zgadzam się z nimi. Być może pierwszym właściwym krokiem powinien być szybszy powrót do historycznie właściwego średniego rozmiaru pszczoły poprzez użycie węzy z komórką 4.9 mm. Węza umożliwia nam zrobienie tego praktycznie od razu, a nie przez siedem czy osiem pokoleń odbudowujących plastry z coraz mniejszą komórką. Zmiany anatomiczne owadów spowodowane stosowaniem powiększonych komórek niewątpliwie nie pozostają bez wpływu na zdrowie pszczelego organizmu. Powiększona pszczoła jakoś sobie radziła , dopóki nie zetknęła się ze zubożeniem pożytków i okresami głodu (zwłaszcza pyłkowego), zanieczyszczeniem chemicznym oraz roztoczem Varroa destructor, które stało się nosicielem wielu pszczelich chorób. Dziś jak jeszcze nigdy dotąd potrzebujemy powrotu do prawdziwie naturalnej pszczoły, aby móc zrównoważyć negatywny wpływ tych czynników. Odstąpienie od użycia węzy lub użycie arkuszy z prawdziwie czystego wosku z wytłoczoną mniejszą komórką przy jednoczesnym pozostawieniu pszczołom możliwości wychowania trutni, jest na pewno jednym z koniecznych kroków dla nas, pszczelarzy, aby ponownie przybliżyć pszczoły naturze.

Bartłomiej Maleta

Artykuł został opublikowany w marcowym numerze miesięcznika “Pszczelarstwo” 03/2016

The post Zapomnieliśmy co dla Niej dobre… czyli analiza grzechów pszczelarstwa ostatnich dziesięcioleci – WĘZA first appeared on Wolne Pszczoły.

]]>