The post Zakończenie rozwoju strony wolnepszczoly.netlify.app first appeared on Wolne Pszczoły.
]]>W związku z tym postanowiliśmy zakończyć aktywne prowadzenie tej strony i skupić się na zachowaniu treści, które przez lata zostały na niej opublikowane, a okazały się interesujące i przydatne dla licznych czytelników. Strona zostanie przełączona w tryb statyczny, tzn. żadne nowe treści nie zostaną na nią wprowadzone. Zostaną też na niej zamknięte działy dotyczące naszego Stowarzyszenia Pszczelarstwa Naturalnego “Wolne Pszczoły” oraz inne dotyczące spraw bieżących.
Treści opublikowane na stronie pozostaną dostępne dla czytelników tak długo, na ile wystarczy środków naszego Stowarzyszenia. Później będzie to zależało od dobrej woli fundatorów.
Krzysiek
Coś się kończy, coś się zaczyna.
Stowarzyszenie Pszczelarstwa Naturalnego „Wolne Pszczoły” zostało powołane do życia przez małą grupę 6 osób w 2015 roku. Nie pamiętam teraz kiedy dokładnie, ale ma to w tej chwili małe znaczenie, tym bardziej że realnie idea jego powstania kształtowała się jako proces już wcześniej, niż sformalizowane założenie w urzędzie. I jako proces pozostała w mojej opinii, aż do aktualnego obumarcia.
Z czasem niektóre osoby wykruszały się, a niektóre dołączały. Nigdy jednak ich ilość nie przekroczyła kilkunastu członków. Przez te kilka lat mieliśmy też swoich sympatyków oraz oczywiście przeciwników, a nawet tzw. współcześnie hejterów.
Choć w tej chwili piszę tekst o śmierci Stowarzyszenia, to nie jest to dla mnie powód do smutku. W tym wypadku nawet trudno mówić o końcu, gdyż większość aktywnie zaangażowanych osób w projekt Wolnych Pszczół realizuje się we własnych działalnościach. Choć projekty te różnią się, tak jak różni są ich twórcy, za nimi ich pomysły i opinie, to jednak trudno nie zauważyć, że SPNWP jest ich wspólnych przodkiem, który uległ rozgałęzieniu i dowolnemu przekształcaniu niczym ewolucyjny proces radiacji. Część z tych działalności pewne przetrwa dłużej, a część krócej. Czasem nawet przy okazji niektórym zdarza się coś zrobić wspólnie w ramach swoich odnóg. Czyż nie przypomina to ewolucji życia?
• Łukasz realizuje dalej niezłomnie własne doświadczenia z pszczołami według swojej wizji na własnej pasiece „Pasieka Łapa”. Pisuje artykuły do czasopism pszczelarskich. Czasami udziela się jeszcze na blogu.
• Bartek oczywiście nadal prowadzi swojego bloga „Skoro chcą mieć trutnie niech je mają”. Pisze także artykuły pszczelarskie w prasie branżowej. Nadal prowadzi pasiekę.
• Mariusz prowadzi kanał na FB „Rysunek kontrolowany” z jego rysunkami. Rysuje także w pszczelarskiej prasie branżowej. Również pszczelarzy hobbystycznie.
• Bartek z Marcinem i Mariuszem prowadzą „Bractwo Bartne” i projekt „Fort Knox”.
• Krzysiek prowadzi swojego bloga „Zapiski pasieczne Pasieki Smirnowów” w której opisuje barwnie i felietonowo zmagania ze swoimi pszczołami i z samym sobą.
• Kuba prowadzi swój blog oraz nagrywa podkasty „Radio Warroza” i „Pszczele Wieści”. O owadach pisze regularnie do prasy pszczelarskiej oraz poza nią.
• Szymon został pszczelarzem zawodowym i udziela się na forach.
• Piotr Pilasiewicz, który przez krótki okres także był członkiem Stowarzyszenia, prowadzi fundację “Bractwo Bartne”.
Kuba
The post Zakończenie rozwoju strony wolnepszczoly.netlify.app first appeared on Wolne Pszczoły.
]]>The post O co chodzi Wolnym Pszczołom? first appeared on Wolne Pszczoły.
]]>Przegląd celów statutowych w formie pytań. Otwórzmy raz jeszcze debatę nad zdefiniowaniem PN. Nic nie możemy uznać za dogmat. Wciąż poszerzajmy wiedzę i aktualizujmy swoje poglądy. Zainteresujmy się też pozostałymi zapylaczami. Przemyślmy i dopasujmy selekcję na odporność pszczoły miodnej do swoich możliwości. Zweryfikujmy stanowisko względem puli środków chemicznych. Popularyzujmy polski miód, ale może inaczej?
W ostatnich miesiącach niewiele się dzieje na naszych łamach (czyli przede wszystkim stronach www), ale przecież nie bez przyczyny. Jako organizacja napotkaliśmy (by nie napisać: zderzyliśmy się z) przeszkodę w postaci większej ilości informacji i doświadczenia, które przyjęliśmy i musimy przetrawić. Otworzyło to przed naszymi oczami ogromną połać wiedzy, której jeszcze nie zaabsorbowaliśmy, nie oswoiliśmy. Narodziły się nowe pytania i wciąż nie mamy na nie odpowiedzi. Z jednej strony mamy nasze dotychczasowe plany ujęte regulaminem, który wciąż zachowuje aktualność, z drugiej strony silny spór między postawami „przeć naprzód”, a „zatrzymajmy się i przemyślmy to raz jeszcze”.
Poniżej raczej zadaję pytania, niż daję odpowiedzi. Pragnę zainspirować (nie tylko) członków Stowarzyszenia do ich poszukiwania. Wiosenny zjazd przed nami.
Zerknijmy do regulaminu i rozważmy, co też tam się znajduje. Może to też być przydatne dla osób, które głównie poprzez łącza internetowe śledzą nasze działania i utarczki, ewentualnie czasem z nami sympatyzują.
Myślę, że sprawa wygląda klarownie i przejrzyście. Mamy forum specjalnie do tego powołane, aby dzielić włos na czworo i zastanawiać się, czym w rzeczywistości jest – lub powinno być – pszczelarstwo „naturalne”. Tak czy owak, jakie by ono nie było, jeżeli ktoś uważa, że je właśnie uprawia, to my stoimy po jego stronie. A w szczegółach się dogadamy, kiedy pojawi się wzajemna otwartość i zaufanie. Wymienimy się wówczas poglądami i może się wzajem czegoś nauczymy. Tak to sobie przynajmniej wyobrażam.
Tutaj mamy doprecyzowanie skierowane w stronę definicji pszczelarstwa właśnie „naturalnego”, które wynikło z poprzednich dyskusji i ustaleń podjętych już lata temu. Uważam, że temat ten należy otworzyć (o ile został zamknięty) i w naszych forumowych debatach więcej uwagi poświęcić kwestiom puli metod, które uważamy za „pszczelarstwo naturalne”.
Postawmy sprawę jasno: pszczelarstwo w formie, jaką znamy współcześnie, jest formą rolnictwa. I reguły rolnictwa winny pszczelarstwem rządzić. Jeżeli pszczelarz uwagę swoją kieruje na liczenie słoików z miodem, które udało mu się wyprodukować (tzn. miód wyprodukowały pszczoły, ale produkt z całą otoczką, nadający się do sprzedaży, jest jego autorstwa), to nie jest on żadnym przyrodoznawcą, ani obrońcą środowiska naturalnego (dzikiego?), nie wspiera żadnego pszczelarstwa naturalnego – jego pasieką rządzi rachunek ekonomiczny. I nie ma w tym nic złego, to przecież fajna zabawa. Jeżeli zatem chcemy uczestniczyć w ewolucji metod pasiecznych, aby stały się bardziej przyjazne środowisku naturalnemu (dzikiemu?), powinniśmy uznać to za osobny i ważny wątek dyskusji o celach i metodach pszczelarstwa nowoczesnego, opartego o współczesne uwarunkowania rynkowe, społeczne i kulturowe. Na przykład nie możemy raz na zawsze uznać środków tzw. „twardej, ciężkiej chemii” za zło ostateczne, i skazać ich na wyparcie z naszej szlachetnej, „proekologicznej” świadomości, bo są be i koniec. Musimy wciąż być ich świadomi i rozwijać nasze poznanie czytając artykuły prasy naukowej, które się z ich tematem wiążą. Jeżeli Stowarzyszenie ma zajmować poważne stanowisko w tej sprawie, po pierwsze musi być ono dobrze podparte informacją – musimy o tym wiedzieć więcej od naszych potencjalnych adwersarzy. To samo dotyczy kwestii węzy małokomórkowej, ograniczenia lub unikania stosowania węzy, jakiej węzy, z jakiego źródła itp.
Żadnej tezy, czy to chwilowo „udowodnionej naukowo”, czy też przyklepanej dobrymi życzeniami „naturalsów”, nie możemy uznać raz na zawsze za dogmat.
Powinniśmy dokończyć naszą debatę w kwestii „niestandardowych” metod pasiecznych: nie stosowania ramek, używania uli typu kószka, kłoda, paka, ule snozowe oraz ich rozliczne mieszanki i warianty. Trzeba zdefiniować nowy podział wewnątrz puli metod i celów pszczelarskich – bo tego dotyczy właśnie stosowanie uli „niestandardowych”. Dzięki temu będziemy mogli zaproponować pszczelarzom-hobbystom, aby jeszcze raz przemyśleli, po co i dlaczego właściwie prowadzą swoją małą pasiekę. Może są w stanie, nie ryzykując nadmiernie, nie poświęcając się zbytnio, dołożyć małą, malutką cegiełkę do sprawy poprawy warunków środowiskowych w swojej okolicy? Ten temat zasługuje moim zdaniem na osobny tekst. Musimy mieć argumenty.
Być może powinniśmy nieco przedefiniować nasze postawy, cele i metody. Nagromadzona w ostatnich latach wiedza wyświetla nam sprawy w taki oto sposób:
Pszczole miodnej jako takiej nic na świecie ani w Polsce nie grozi. Przybywa jej (w obu obszarach), a nie ubywa. Atakujące ją choroby nie przyczyniają się do trwałego spadku liczebności pszczelich gniazd w obszarach, w których podlegają mniej lub więcej ścisłej ewidencji – czyli w pasiekach.
Za to mamy pole, które rozważaliśmy dosyć rzadko, a nierzadko wcale: dzikie pszczoły, żyjące w dziuplach, dziurach i komyszach. Niektórzy przecież nawet uważają, że ich w ogóle już nie ma! Może powinniśmy więcej uwagi skierować na to zagadnienie, ustalić jakieś wspólne zdanie w tej materii?
Owady zapylające – temat, któremu dotychczas poświęcaliśmy mało uwagi. Nasze łamy (i strony) powinny się otworzyć na pasjonatów tego zagadnienia. Bo to te dzikie zapylacze, pszczoły samotnice, trzmiele, przeróżne muchy i muchówki, a nawet osy i szerszenie, tracą dziś najszybciej potencjalne siedliska i tereny lęgowe. Jeżeli w ogóle można odczuwać zagrożenie dla środowiska naturalnego w tak zmienionych przez człowieka obszarach jak pola i lasy Europy Środkowej (niektórzy myślą, że Wschodniej, a inni kompromisowo – Środkowo-Wschodniej), to raczej dotyczy to tych dzikich owadów o niejasnej przydatności dla gospodarki człowieka, niż dla dość dobrze usadowionych w naszym społeczeństwie pszczół miodnych. Jednocześnie nie od rzeczy byłoby wspomnieć, że także w gospodarce rolnej coraz większe znaczenie zyskują inne gatunki zapylaczy, np. pszczoły murarki, lub trzmiele.
Kwestie siedlisk dla dzikich owadów: co może pomóc, a co ma niewielkie, lub zgoła żadne znaczenie. Dostępność pokarmu i zagrożenia pochodzące od człowieka. Jak może pomóc rolnik, jak leśnik, a jak miejski pasjonat? Temat ten (jak i poprzedni powyżej) trudno wyczerpać w kilku zdaniach, a samo wspomnienie o nim na naszych łamach (i stronach) moim zdaniem znacząco podniesie wielu ludziom poziom świadomości o rzeczywistym stanie środowiska, naturalnego czy jakiegokolwiek innego, w którym mieszkamy.
W dyskusjach forumowych (i w okolicach) pojawiają się wątki, które przekonują mnie, że zarówno członkowie jak i sympatycy Stowarzyszenia czują oddanie sprawie ochrony środowiska. Pomimo, że nierzadko mają swoje własne wyobrażenie, z czym to się je. Czy jako Stowarzyszenie powinniśmy znaleźć jakiś konsens w tej materii? Jeżeli tak, najlepiej, gdyby była nim prawda, lub coś w jej okolicach.
Moim zdaniem na tym polu osiągnęliśmy wiele, ale też wiele straciliśmy: pojawili się pszczelarze, którzy osiągnęli większy lub mniejszy, ale jednak, sukces w samodzielnej hodowli pszczół o większej zdolności przetrwania, bez konieczności stałego leczenia.
Okazało się jednak, że to wcale nie takie proste, jak się wydawało na początku: wiele warunków musi się zejść, aby mogło się udać, a nie każdy nimi dysponuje.
W tym samym czasie inni zachwiali się w tych usiłowaniach, lub doszli do wniosku, że to zbyt wielki dla nich ciężar. Innymi słowy: uznali, że nie do końca po to zajęli się pszczelarstwem i chcą wrócić do zajęć, które bardziej im się podobają. Hodowla pszczół bez leczenia moim zdaniem jest zabawą dla zaawansowanych. Raczej nie stanie się to powszechną propozycją dla zwykłych pszczelarzy – a zatem nie będzie miało szansy dużo zmienić. Ciężar, jaki nakłada na barki (poważne ryzyko utraty zaangażowanych pni plus logistyka, więcej pracy), jest zbyt wielki. Czy istnieje jakaś alternatywna propozycja? Mniej bohaterska, za to bliższa życiu szarego człowieka?
Moim zdaniem, jeżeli ktoś nie ma zamiaru utrzymywać dużej pasieki (w kontekście polskiej praktyki administracyjnej, czyli powyżej 80 pni, a w rzeczywistości odpowiednio licznej, zgodnie z lokalnymi warunkami), tak naprawdę niewiele mu przyjdzie z zabawy w selekcjonera. Oczywiście: jeżeli ma ochotę się bawić, kto mu zabroni? Może się uda? A może w swojej okolicy zna kilku takich zapaleńców i razem tworzą całkiem sporą pulę pni poddanych selekcji? Wtedy to może mieć dużo sensu. Ze wszech miar popieramy. Ale jeżeli woli ostrożnie i powolutku? Wówczas powinien od nas otrzymać jasny przekaz, konkretną propozycję:
po pierwsze spróbuj wychowywać własne matki, dobierane zawsze z najlepszych pni. Najlepszych według Twoich kryteriów, ale nasza propozycja brzmi: badaj porażenie roztoczem Varroa destructor i na tej podstawie promuj te rodziny, które wykazują się najmniejszą liczbą pasożytów. Naucz się rozpoznawać rodziny pełne wigoru i te właśnie promuj.
po drugie, jeżeli nie chcesz produkować własnych matek, już samo domaganie się pszczół hodowanych pod kątem odporności na choroby będzie miało wpływ na zawodowych hodowców i powielaczy matek pszczelich. Niewielki, ale zawsze.
po trzecie, jeżeli chcesz prowadzić poważną hodowlę w kierunku odporności, to nie zapomnij porządnie się dokształcić. Mamy kontakty z ludźmi, którzy się tym zajmują, zapytaj ich o zdanie. Bo to ciężka przeprawa, w której biorą udział także Twoje zwierzęta, a nie tylko Ty. I nigdzie nie jest powiedziane, że musi się udać. Ale masz nasze wsparcie, na ile to tylko możliwe w naszych warunkach.
Innymi słowy: chwalimy każdą cegiełkę, jaką pszczelarz zechce dołożyć do tego budynku. Nawet najmniejszą.
Niektóre zagadnienia poruszyłem wyżej. Myślę, że nie ma powodu rezygnować z tego punktu, choć może warto by go przeredagować – ale to temat na dyskusję w gronie członków Stowarzyszenia. Z całą pewnością kwestia chemizacji pszczół (a zatem i miodu, co martwi wielu jego odbiorców, a przed innymi się to ukrywa) wciąż zajmuje poważne miejsce w naszych, i nie tylko naszych, rozważaniach. Jednak coraz lepiej widać, że jest to problem bardzo złożony, a hasło „po prostu nie lecz” nie stanowi interesującej propozycji dla pszczelarzy. Jeżeli mamy być pragmatyczni, co możemy zatem zaoferować w zamian?
Moim zdaniem powinniśmy zająć jasne stanowisko względem metod z puli tak zwanego „pszczelarstwa naturalnego”. Naszym zadaniem ma być danie pszczelarzom wyboru: decyzja ma należeć do nich. A my w ramach naszego potencjału i osobistych zainteresowań możemy propagować stosowanie środków, które o ile wciąż są szkodliwe i niosą ryzyko zarówno dla pszczół jak i pszczelarza, to przecież praktycznie żadne dla klienta na nasze miody – a to już moim zdaniem stanowi poważny (powtarzam: poważny) krok naprzód w debacie i w praktyce. Z całej grupy ryzyk eliminujemy jedno, nie wpływając istotnie na pozostałe – całkiem nieźle. O jedno ryzyko mniej. W tym samym czasie nie zapominamy, że jest to tylko jeden z sześciu celów, jakie Stowarzyszenie przed sobą postawiło.
To chyba oczywiste: swoje chwalimy, cudzego nie znamy. Dajemy potencjalnym klientom wybór, jaki produkt chcą nabyć. I to na poziomie bardziej merytorycznym, niż po prostu sprzedawanie „stylu życia”, jaki kryje się za miodem, woskiem, pyłkiem i propolisem.
Właściwie to popierałbym pójście pod prąd „głównego nurtu” propagowania produktów pszczelich:
Miód kiedyś, owszem, w dawnych czasach, mógł być uznany za eliksir zdrowia. Ludziom groziła śmierć głodowa, trzeba się było urodzić w naprawdę bogatej rodzinie, aby zetknąć się z groźbą otyłości i płynących z niej konsekwencji. Ciało chronicznie niedożywione rzeczywiście mogło odczuwać niemal natychmiastowy przypływ energii po łyknięciu takiej bomby z cukrów prostych i witamin, a po kilku tygodniach regularnego zażywania łyżki miodu dziennie mogło pozbyć się różnorakich dolegliwości. Dziś z pewnością nie będzie to miało miejsca: jesteśmy bardzo dobrze odżywieni, zdrowi, a czasem nawet wysportowani. Naszym problemem jest raczej nadmiar nagromadzonej energii (w postaci tkanki tłuszczowej), niż jej brak. W rzeczywistości miodu już nie potrzebujemy. Stał się towarem luksusowym, smaczniejszym słodzikiem (kwestia gustu), elegancką przyprawą, zaprawą, ewentualnie objawem zamożności. Odsetka zainteresowanych klientów ciągle maleje z powodu rosnącej w społeczeństwie popularności różnych alergii.
Podobnie rzeczy się mają z pyłkiem.
Propolis wciąż dobrze się trzyma jako uniwersalny, łagodny antyseptyk o szerokim spektrum działania. Kto miał problem z grzybicą, źle gojącą się raną, ten potwierdzi, że czasem łatwiej zastosować propolis, niż biegać po lekarzach i gromadzić przeróżne substancje, które mają zaradzić każda innemu problemowi, lub skutkom ubocznym po zwalczaniu problemów.
Jeżeli chodzi o zastosowania dla wosku, to współczesne syntetyki pełnią jego rolę co najmniej tak samo dobrze – z zastrzeżeniem podobnym, co dla propolisu. Jednak świeczka z wosku pszczelego to raczej szpan niż rzeczywista potrzeba. Kto zresztą dziś używa stale świeczek? Luksusowe i domowego wyrobu kosmetyki to wciąż rodząca się gałąź gospodarki, dla której polskiego wosku i tak zawsze będzie za mało – wymogi hobbystów co do jego czystości, „organiczności” i „naturalności” są dla polskich pszczelarzy używających powszechnie amitrazy zbyt surowe. Trzeba będzie i tak importować z Afryki.
Czyli pszczelarstwo współczesne znajduje się na rozdrożu. Ratuje je wysoka stopa życiowa społeczeństwa, gdzie wielu może sobie pozwolić na słodzenie miodem zamiast cukrem, ewentualnie uprawianie tzw. „zdrowego trybu życia”, czyli np. mycie podłóg octem zamiast chemią domową oraz uprawianie innych tego typu „dziwactw”. Jak w tym powinny się znaleźć Wolne Pszczoły?
No właśnie tak. Powinniśmy propagować „zdrowe” metody pszczelarskie, ale jednocześnie nie unikać prawdy, która wciąż się zmienia (niestety), bo zależy od ostatnich osiągnięć naukowych.
Jednocześnie powinniśmy stać się ofertą dla wschodzącej grupy pszczelarzy nowego typu. Dla nich sukces nie mierzy się wyłącznie tonami zebranego miodu, choć ten przecież również jest ważny. Ale pasjonuje ich proces chowu (a czasem i hodowli) pszczół we wszystkich jego aspektach, od stolarki pasiecznej, po zaawansowane problemy genetyczne. To już nie tylko odpowiedniki wędkarzy, dla których liczy się wyłącznie „taaakaa ryybaa”, ale też tacy, którym chodzi po prostu o spędzenie chwili na świeżym powietrzu. To także tacy akwaryści poświęcający czas na upiększanie akwariów, krzyżowanie swojego przychówku, wynalazki techniczne… To pszczelarze, którzy chcą uprawiać swoje hobby w niecodziennych miejscach i na swoich warunkach. To pasjonaci, ale bardziej w typie hobbystów niż rolników.
Czyli wciąż powinniśmy aktualizować swój pogląd i nie obawiać się, że w jakiś sposób zaszkodzi to misji Stowarzyszenia. Nie ma powodu przekonywać innych, aby podejmowali decyzje, których przy odpowiednim poziomie wykształcenia nigdy by nie podjęli – przeciwnie, powinniśmy uświadamiać, że niektóre pomysły są ciekawe, interesujące, ale jednocześnie czasem ryzykowne? Być może założone cele niemożliwe do realizacji. Co z tego? Przecież nie o to chodzi, by złowić króliczka. Ostatecznie chodzi nam o to, aby się dobrze bawić, a przy okazji uczynić coś pożytecznego dla innych.
Krzysztof Smirnow (aktualny Przedstawiciel Stowarzyszenia PN Wolne Pszczoły)
The post O co chodzi Wolnym Pszczołom? first appeared on Wolne Pszczoły.
]]>The post Kilka moich refleksji na temat Pszczelarstwa „Naturalnego”. first appeared on Wolne Pszczoły.
]]>Roger Patterson nie zgadza się z podziałem na pszczelarstwo naturalne i konwencjonalne. Minimalizowanie interwencji często nie jest, według niego, najlepszym rozwiązaniem hodowli pszczół. Selekcja na kilku rodzinach nie jest możliwa. Sugeruje wymianę matek na te z odporniejszej populacji w miejsce doprowadzania do swobodnego rojenia się pszczół i upadku porażonych kilka lat nieleczonych rodzin. Gospodarka bezwęzowa w ulach bezramkowych jest ciekawą alternatywą. Poglądy wewnątrz środowiska PN są zróżnicowane i nierzadko sprzeczne, ale pod pewnymi warunkami różnorodność poglądów sprzyja rozwojowi pszczelarstwa. Według niego, skupianie się na radykalizmie w niesłusznym dyskredytowaniu pszczelarstwa konwencjonalnego nie jest dobrym rozwiązaniem. Lepiej zacząć pszczelarzenie od sprawdzonych metod konwencjonalnych.
Roger Patterson
Tekst pochodzi ze strony: http://www.dave-cushman.net/bee/naturalbeekeeping.html. Przetłumaczony i opublikowany za zgodą autora i dysponenta praw autorskich.
Od tłumacza:
Roger Patterson jest pszczelarzem od 1963 roku. Pochodzi z hrabstwa West Sussex położonego w południowo-wschodniej Anglii. Jest przewodniczącym Wisborough Green Division, które jest lokalnym stowarzyszeniem związku pszczelarzy w West Sussex. Napisał książkę „Beekeeping – A Practical Guide” (Pszczelarstwo – praktyczny przewodnik). Jako praktyczny pszczelarz koncentruje się na podstawach pszczelarzenia w których ceni proste rozwiązania. Prowadzi, znaną w światku pszczelarskim, stronę internetową, którą stworzył nieżyjący już dziś pszczelarz Dave Cushman. Poniższy artykuł pochodzi właśnie z tej strony.
W zasobach internetu (angielskojęzycznych: przyp. tłum) znaleźć można mnóstwo informacji na temat pszczelarstwa “naturalnego” lub “zrównoważonego”. Chociaż inni mogą mieć odmienne zdanie, to na potrzeby mojej strony przyjąłem, że te dwie nazwy dotyczą tego samego. Entuzjaści wyżej wymienionego pszczelarstwa, chów pszczół w standardowych ulach, nazywają pszczelarstwem “konwencjonalnym”. Dla wygody czytelnika będę więc odnosił się do tego podziału, tak jak rozumieją go jego zwolennicy, chociaż zaznaczam, że nie zgadzam się z tym rozróżnieniem.
Wśród pszczelarzy “naturalnych” istnieje duża różnorodność poglądów, ale da się znaleźć w nich pewne wspólne stanowiska. Należą do nich:
Jako wieloletni tradycyjny pszczelarz również zgadzam się z tymi poglądami i nie spieram się z żadnym z nich, chociaż mogę je wprowadzać w życie na różne sposoby. Na przykład uważam, że pszczoły nie są tak mocne jak wtedy, gdy zacząłem zajmować się pszczelarstwem. Wynika to głównie z powodu importu nieprzystosowanych ras pszczół, a następnie ich rozpieszczania z życzliwości wobec pszczół. Pomimo, że mogłyby być one poddane selekcji naturalnej, przez zostawienie ich samych sobie, wolałbym wymienić w nich matki na coś z odporniejszego pogłowia. Jest to zasadniczo odmienne postępowanie od prostego przyzwalania na ich umieranie z powodu warrozy i związanych z nią wirusów, a także nieprzydatności do naszych warunków. Istnieją wszak też inne poglądy z którym już zdecydowanie się nie zgadzam. Oto one.
Twierdzi się częstokroć, że otwarcie ula szkodzi pszczołom, więc należy tego unikać jak tylko można. Odpowiada to mniej więcej metodzie typu “zostaw w spokoju”, którą dawniej stosowało wielu pszczelarzy. W tamtych czasach jednak duża część pszczelarzy pracowała na roli w zgodzie ze zwierzętami i naturą, którą zwykle czujnie obserwowano. Pszczelarze wraz z ich rodzinami byli na tyle czasowo dyspozycyjni, żeby poradzić sobie nastrojem rojowym, co stanowiło wtedy ich główny problem. Obecnie jednak mamy problem warrozy i moim zdaniem, wymaga to systematycznego monitorowania i leczenia. Pszczelarzowi z 2-3 ulami bardzo trudno jest hodować pszczoły na odporność. Po prostu to zbyt mała ilość pni.
Widziałem wiele dzikich rodzin na granicy upadku. Gdyby znajdowały się w ulu i zostały wyleczone, a tym samym uratowane, to później można by im wymienić matkę, na taką z bardziej odpornej linii. Swoją drogą leczenie może też odbywać się niechemicznymi środkami. Osobiście uważam, że obserwacja pszczół podczas przeglądów, wiele mnie nauczyła, w kwestii prawidłowego odczytywania zachowania się rodziny. Nie mógłbym tego dokonać bez inspekcji ula. Inna sprawa to występowanie chorób podlegających obowiązkowi zgłoszenia. Czy możliwe byłoby ich wykrycie, bez dokonywania przeglądów?
Moim zdaniem jest to rażąco nieodpowiedzialne postępowanie, zwłaszcza w obszarze miejskim. Wielu zwykłych ludzi po prostu boi się pszczół. Rójka lądująca w ich ogrodzie lub mieszkająca w ich domu, to sytuacja kłopotliwa. W sytuacji kiedy pszczoły się osiedlą na dobre, to nie oznacza wcale, że nie wyroją się po raz kolejny. A nawet jeśli wymrą, co się stanie prawdopodobne po maksymalnie 3-4 latach (w Polsce raczej krócej: przyp. tłum.), to zamieszka tam kolejny rój, co już oznacza kłopot permanentny. Chcę jednak napisać, że rozumiem i szanuję powody, dla których dopuszcza się się do rojenia. Jeśli są ku temu możliwości, aby stosunkowo łatwo te rójki wyłapać, tak jak w czasach kószek, to myślę, że jest to dobry sposób na powęszenie stanu pasieki. Dodatkowo roje są zazwyczaj nieco mniej porażone przez warrozę. Pomimo to, jeżeli nie jest to teren wiejski, a pszczoły nie są pod kontrolą, jestem temu przeciwny. Myślę, że warto zwrócić też uwagę, że niektórzy konwencjonalni pszczelarze, którzy potępiają to podejście, sami nie są wystarczająco ostrożni w zapobieganiu własnym rójkom.
W pszczelarstwie „naturalnym” istnieją różne metody i różne opinie na temat węzy, ale co do zasady odchodzi się od węzy, a miód pozyskuje się przez wyciskanie (prasowanie: przyp. tłum) plastrów. „Naturalni” stosują wiele różnych uli. Są wśród nich stojaki i leżaki. Do najbardziej popularnych należą ule bezramkowe: trapezowy snozowy TBH oraz Warre. Istnieją sposoby na zagwarantowanie, że matki nie będą czerwiły w pewnych plastrach, bez użycia fizycznych barier takich jak kraty odgrodowe. Niektórzy “nowocześni” pszczelarze są przeciwnikami pobierania miodu z przeczerwionych plastrów, ale osobiście w tym problemu nie widzę.
Nie ma zgodności wśród „naturalnych” co do zagadnienia karmienia. Część się na to zgadza, a część nie. Podobnie w przypadku leczenia środkami warrobójczymi: niektórzy używają tymolu, inni wręcz przeciwnie. W pszczelarstwie “naturalnym” da się zaobserwować podobną ilość różnych poglądów, co w pszczelarstwie konwencjonalnym. Występowanie zróżnicowanych opinii jest generalnie dla pszczelarstwa pożyteczne i nie widzę przeszkód, aby trwało dalej. Pod warunkiem jednak, że różnice te wynikają z doświadczenia i nie są obarczone wzajemnymi uprzedzeniami.
Ruch pszczelarstwa „naturalnego” jest całkiem prężny i szeroki. Można zaryzykować tezę, że rośnie. Podobnie zresztą jak pszczelarstwo konwencjonalne. Rozumiem i pochwalam bazowe idee tego ruchu, ale niestety wielu pszczelarzy “naturalnych”, próbując udowodnić swój punkt widzenia, a używając przy tym niedokładnych argumentów, zdaje się, że pragnie pozostałym zohydzić ich odmienne sposoby na chów pszczół. To się dzieje nawet w gronie samych „naturalnych”. To oczywiście nie zwiedzie doświadczonego i kompetentnego fachowca, ale może wpłynąć na początkujących, którzy mogą być zbyt łatwowierni w to, co usłyszą lub przeczytają. W rzeczy samej, taki jest ich cel. Rozmawiałem z wieloma osobami, którzy zaczęli zajmować się pszczelarstwem “naturalnym” na podstawie tego, co jest “złe” w pszczelarstwie konwencjonalnym, choć nawet go nie spróbowali. To fakt, że są tacy, którzy wsłuchują się też w inne argumenty, ale pozostali mają już tak wyprane mózgi, że po prostu słuchać nie chcą.
Aby ustosunkować się do nieprawdziwych komentarzy, podaję kilka przykładów, które wyczytałem ze stron internetowych, traktujących o pszczelarstwie “naturalnym”.
“Większość nowoczesnego pszczelarstwa, podobnie jak intensywnego rolnictwa, jest nastawiona na maksymalną produkcję”.
Moja odpowiedź: Przeciętny pszczelarz w Anglii i Walii w 2014 roku utrzymywał statystycznie 4,5 rodziny pszczelej, z których zdecydowana większość posiadała tylko 2-3. Większość pszczelarzy, których znam, bardziej interesuje się głównie samymi pszczołami i zależy im tylko na kilku słoikach miodu dla rodziny.
“Zwolennicy pszczelarstwa <naturalnego> uważają, że lepsza regulacja poziomu warrozy oraz zdrowsze i szczęśliwsze pszczoły, są rezultatem ich podejścia minimalizującego interwencje w ul (hand-off beekeeping), a stres, jaki wywierają pszczelarze na pszczołach w ulach, może być zrekompensowany jedynie przez pszczelarzy, którzy są gotowi na to, aby na pierwszym miejscu postawić potrzeby pszczół”.
Moja odpowiedź. Dręcz pszczeli jest problemem na całym świecie i to on lub wirusy, których jest wektorem, powoduje stres w rodzinach. Widziałem wiele rodzin z ciężkimi porażeniem tym pasożytem, które były na granicy zapaści, z powodu tego, że to pszczelarz nie poradził sobie z tym problemem. Na kilka miesięcy przed napisaniem tego tekstu zobaczyłem rodzinę, która nie była leczona na warrozę od 3 lat. Była tam ogromna liczba pszczół ze zdeformowanymi skrzydłami czołgająca się po ziemi przed ulem, gdzie zostały wyrzucone z rodziny na śmierć głodową. Czy to jest właśnie troska o pszczoły? Nie jestem zwolennikiem stosowania agresywnych środków chemicznych, ale nie rozumiem, jak podejście polegające na braku interwencji zmniejszy porażenie pasożyta do poziomu, który nie powoduje stresu dla rodziny. Istnieje wiele technik niechemicznych, które pozwalają usunąć odpowiednią ilość warrozy. Jednym ze sposobów redukcji warrozy stosowanej przez pszczelarzy “naturalnych” jest metoda obsypywania cukrem pudrem. Należy ją jednak powtarzać regularnie, a podejrzewam, że także niemało stresuje pszczoły.
Jak powszechnie wiadomo, trutnie, które zostały upośledzone przez warrozę, mają znacznie niższą liczbę plemników. Może to być jedną z przyczyn słabej wydajności matek, co jest aktualnie problemem. Dlatego im niższy utrzymujemy poziom warrozy w rodzinie, tym lepiej.
Jak można twierdzić, że pszczoły są szczęśliwe bez robienia im inspekcji?
“Wszystkie z 30 zimowanych rodzin przeżyły”.
Moja odpowiedź. To identyczny wynik jak mój i terenu mojego lokalnego BKA (lokalne stowarzyszenie pszczelarzy, odpowiednik polskiego koła pszczelarskiego) zimą 2012/2013 i 2013/2014 roku. Zazimowaliśmy wtedy łącznie ponad 60 rodzin. Nie pasuje to do tez “naturalnego” prelegenta, którego kiedyś słyszałem, a który twierdził, że straty zimowe są znacznie wyższe u “naturalnych”.
Część stron internetowych i forów dyskusyjnych obarczona jest podobnymi nieporozumieniami i ciągłym zohydzaniem pszczelarstwa konwencjonalnego. Aby być sprawiedliwym muszę dodać, że jest też wielu konwencjonalnych pszczelarzy, którzy nie tolerują “naturalnego” pszczelarstwa i jestem pewien, że w wielu przypadkach niewiele o nim wiedzą, a prawdopodobnie nigdy nie próbowali zrozumieć sposobu myślenia “naturalnych”. Odbyłem kilka bardzo konstruktywnych i przyjemnych rozmów z pszczelarzami, którzy uważają się za “naturalnych”. Ci bardziej racjonalni są w rzeczywistości bardzo kompetentni i robią rzeczy (lub nie robią) w oparciu o wiedzę, doświadczenie i zdrowy rozsądek. Próbowałem również prowadzić dyskusje z innymi, których radykalne poglądy są po prostu “wycięte i wklejone” z innych miejsc.
Podsumowując jest zbyt wiele nietolerancji w pszczelarstwie po każdej ze stron, a czasami stanowcze poglądy na sprawy wynikają z niewiedzy. Moim zdaniem do opinii innych ludzi powinno się odnosić się z takim samym szacunkiem jak do pszczół. W ciągu ponad 50 lat mojego pszczelarzenia widziałem wiele różnych metod stosowanych przez wiele różnych osób. Nie zgadzałem się z niektórymi z nich i czasami musiałem to przyznać, ale starałem się to rozsądnie uzasadnić. Z mojego doświadczenia wynika, że potrzebny jest system, w którym wszystko, co robisz, pasuje do Ciebie, ale z wystarczającą elastycznością, aby zmieniać go w zależności od okoliczności.
Przyjrzyjmy się słowu “naturalny”. Jeśli chodzi o pszczelarstwo, to myślę, że powinno to oznaczać: bez interwencji człowieka. A to oznacza rodzime pszczoły gniazdujące w naturalnych siedliskach i „pasące się” na naturalnych terenach. W naszym przypadku Wielkiej Brytanii i Irlandii, odpowiada to pszczołom Apis mellifera mellifera, gniazdującym w wydrążonych drzewach i nie żerujących na obszarach upraw rolnych. Dosyć trudne do osiągnięcia! Praktycznie każda brytyjska strona internetowa o pszczelarstwie „naturalnym”, którą ostatnio sprawdziłem, jest ilustrowana zdjęciami pszczół, które mają żółte odwłoki. AMM nie mają żadnych żółtych pasków, a więc automatycznie obecność tych pszczół tutaj nie jest czymś naturalnym. W innych rejonach świata, gdzie pszczoła miodna nie jest autochtoniczna, żaden rodzaj pszczelarstwa nie jest naturalny. Jedna z “naturalnych” stron internetowych przyznaje, że już sama nazwa “Pszczelarstwo Naturalne” jest dosyć problematyczna, ponieważ chów pszczół nigdy nie jest tak naprawdę naturalny. Zdejmowałem setki rojów pszczół miodnych z drzew i budynków. Obawiam się, że wiele z tego co widziałem, nie jest za bardzo zbliżone do tego, co przeczytałem o “naturalnym” chowie pszczół. Zapraszam na moją stronę pod tym linkiem (http://www.dave-cushman.net/bee/natbeenest.html), aby przeczytać o naturalnym gnieździe pszczół.
Aby zgromadzić więcej informacji, niż dotąd miałem okazję poznać, przeszukałem sieć i przeczytałem praktycznie wszystko, co nie jest kopią czegoś innego, gdyż podobnie jak w przypadku wielu rzeczy w pszczelarstwie, jest cała masa powtórzeń. Jest kilka aspektów, które jak podejrzewam, wprawiają w zakłopotanie ruch “naturalny”, ale sądzę, że większość informacji przekazanych z pasją, których czytanie sprawiało mi przyjemność, jest przemyślana i poczuwająca – tak jak powinno być w pszczelarstwie. Takie przesłanie jest znacznie lepsze niż “natarczywy” i ofensywny przekaz tych, którzy zdają się uważać, że zamiast przekonywać do swoich racji, skuteczniejsze jest dyskredytowanie innych metod. Znalazłem nawet aroganckie stwierdzenie, że „to my jesteśmy strażnikami pszczół“, tak jakby inni już nie byli!
Chociaż sam nie próbowałem pszczelarstwa “naturalnego”, to zajmowałem się pszczołami utrzymywanymi tym sposobem. Są techniczne różnice przy ich obsłudze, ale przy odrobinie zdrowego rozsądku można się tego szybko nauczyć. Wydaje mi się jednak, że jeśli ktoś pragnie zostać „naturalnym”, to lepiej zacząć od pszczelarzenia w ulach konwencjonalnych, a dopiero później wprowadzać zmiany. Zwłaszcza, że można gospodarzyć na dwa różne sposoby jednocześnie. Taką metodą sam sprawdzisz najlepiej, które opinie są poprawne, a które nie. Znam kilka osób, które tak zrobiły, choć w większości przypadków porzuciły zmianę po próbach. Być może dlatego, że nie dość obserwowali i nie w pełni zrozumieli fenomen rodziny pszczelej. Wciąż jednak mogą gospodarzyć w ulach konwencjonalnych i być troskliwymi pszczelarzami.
Sam, jako dobrze funkcjonujący “konwencjonalny” pszczelarz widzę pewne korzyści z podejścia „naturalnego”. Bezdyskusyjną korzyścią jest fakt, że wszystkie ule TBH mogą być wykonane z drewna odpadowego bez żadnych dodatkowych kosztów według własnego projektu. Jestem człowiekiem praktycznym, sam produkuje ule więc argument ten trafia do mnie bardzo dobrze. Podoba mi się też pomysł braku węzy, aby pszczoły budowały to co same chcą oraz wyciskania miodu z regularnie odnawianych plastrów. Myślę, że te punkty są dobre.
Podsumowując, nie mam problemu z pszczelarstwem „naturalnym”, ani z większością tych, którzy go wspierają. Nie mam potrzeby, go zohydzać tylko dlatego, że jest to inny sposób osiągnięcia tego samego, co robię sam. Chciałbym tylko, aby ta mniejszość, mocna głównie w gębie, kiedy próbuje przekazywać swoje przesłanie w oparciu o rażące nieścisłości, nie zohydzała sposobu, jaki sam wybrałem na chów pszczół. Moim zdaniem wiele elementów pszczelarstwa “naturalnego” i tak sam stosuję, więc dlaczegóż to mam być postrzegany jako “nienaturalny”? Jeśli to, co robię, nie jest naturalne, to nie jest również to, co robią „naturalni”, stąd używam tego słowa w cudzysłowie w tym tekście.
Jeśli tylko pszczelarz rozumie, szanuje i troszczy się o swoje pszczoły, to nie obchodzi mnie jaką metodę przyjął.
Roger Patterson
tłumaczył: Jakub Jaroński
The post Kilka moich refleksji na temat Pszczelarstwa „Naturalnego”. first appeared on Wolne Pszczoły.
]]>The post IX Zjazd Stowarzyszenia “Wolne Pszczoły” czyli sprawy formalne first appeared on Wolne Pszczoły.
]]>Piątek wieczór jak zwykle w miłej atmosferze zjedliśmy kolację, a później spędziliśmy czas na pogaduszkach o pszczołach. Następnego dnia zaraz po pysznym śniadaniu czekało na nas Walne Zgromadzenie członków Stowarzyszenia Pszczelarstwa Naturalnego “Wolne Pszczoły”.
Szybko zatwierdziliśmy formalne sprawozdania Stowarzyszenia i zajęliśmy się najpierw sprawami najpilniejszymi.
Wobec powstania w ostatnich miesiącach nowej organizacji promującej pszczelarstwo uprawiane całkowicie bez stosowania jakichkolwiek środków do tak zwanego “leczenia”, koordynator Projektu “Fort Knox” zainicjował wydzielenie go z spod skrzydeł Stowarzyszenia. Jednym z powodów była chęć otwarcia przedsięwzięcia na szersze grono potencjalnych uczestników, którzy nie byliby członkami Stowarzyszenia “Wolne Pszczoły”, a chcieliby w nim przyjąć udział. Była to propozycja kontrowersyjna i wzbudziła wiele emocji w czasie dyskusji. Ostatecznie Stowarzyszenie w głosowaniu zdecydowało usamodzielnić Projekt i przekazać jego uczestnikom zbudowaną markę oraz swobodę podejmowania dalszych decyzji odnośnie kierunków rozwoju. Trzymamy kciuki za dalsze postępy “Fortu Knox” i będziemy o nim informować.
Skończyła się kadencja dotychczasowego Zarządu. Zmieniony został regulamin i sprowadzono Zarząd do jednoosobowej funkcji Przedstawiciela, na którego ponownie został wybrany Krzysztof Smirnow. Praca papierkowa w toku, formalności dokończymy na następnym Walnym Zgromadzeniu.
Dziękujemy poprzednim członkom Zarządu za ich pracę i zaangażowanie.
Koordynator wydania aperiodyku “Wolnopszczelarstwo”, Jakub Jaroński, podsumował udane przedsięwzięcie i zdał projekt. Dziękujemy za jego pracę, jak również całemu zespołowi redakcyjnemu. Wydawanie czasopisma było trudnym, ale jednocześnie inspirującym i bardzo pouczającym procesem. Ustaliliśmy też, że musimy dokończyć produkcję krótkiego filmu promocyjnego, nad którym prace rozpoczęliśmy jeszcze półtora roku temu.
W dalszym toku obrad podsumowaliśmy pozostałe sprawy oraz rozmawialiśmy o innych przedsięwzięciach wartych rozważenia. O niektórych będzie można przeczytać już wkrótce na naszej stronie. Nawał spraw ledwo pozwolił nam zdążyć na obiad, część tematów mogłaby zostać jeszcze pogłębiona, jednak zdecydowaliśmy się zrobić to na forum i pozwolić chętnym działać.
Po wyjątkowo smacznym i obfitym obiedzie powoli rozjechaliśmy się z powrotem do domów. To był krótki, acz obfity w pomysły i emocje zjazd. Krótsza jego forma, bo zaledwie 24h, pozwoliła dołączyć większej liczbie członków stowarzyszenia bez znacznego rozbijania ich prywatnych planów, lecz większość z nas czuła niedosyt. Niemniej taka forma zjazdu również się sprawdziła.
Do zobaczenia na następnym zjeździe!
The post IX Zjazd Stowarzyszenia “Wolne Pszczoły” czyli sprawy formalne first appeared on Wolne Pszczoły.
]]>The post Wybrane gatunki drzew i krzewów, kwitnące w okresie deficytu popularnych pożytków pszczelich. first appeared on Wolne Pszczoły.
]]>Większość pszczelarzy spotyka się z problem ubogiej bazy pożytkowej w bezpośrednim sąsiedztwie swoich pasiek, podczas wczesnowiosennych oblotów pszczół po zimowli.
Ci bardziej zapobiegliwi, sadzą wierzby (Salix sp.) czy leszczyny (Corylus avellana).
Z „głodem pożytków”, spotykamy się ponownie po kwitnieniu lipy szerokolistnej (Tilia platyphyllos) czy lipy drobnolistnej (Tilia cordata).
Mając na uwadze ten fakt, chciałbym podzielić się moimi spostrzeżeniami w tym zakresie i zaproponować możliwość uzupełnienia bazy pokarmowej dla naszych podopiecznych, poprzez sadzenie rzadziej spotykanych, a równie przydatnych gatunków/odmian drzew i krzewów.
Podkreślę, że większość opisanych przeze mnie roślin, rośnie w moim ogrodzie, a ponad trzydziestoletnie doświadczenie, obserwacje skłaniają mnie do dzielenia się nimi z czytającymi te słowa.
Naturalnie zdaję sobie sprawę z faktu, że podjęte czynności będą skuteczne tylko w skali „micro”. Wychodzę jednak z założenia, że warto jest robić cokolwiek w tym zakresie, niż bezczynnie czekać na zmienną aurę i „ubóstwo” przedwiośnia czy późnego lata – wczesnej jesieni (przynajmniej w sferze dendroflory z punktu widzenia pszczelarza).
Dodatkową zaletą takich działań jest to, że większość opisanych gatunków posiada – poza walorami wczesnego pożytku pszczelego – również walor estetyczny (ozdobny) w ogrodach. W tekście zawarłem opisy roślin, których termin kwitnienia (przy założeniu optymalnych warunków atmosferycznych) przypada w najbardziej skrajnych miesiącach roku (styczeń-marzec, sierpień-październik). Dla roślin o wybitnych walorach użytkowych (licznie i chętnie oblatywanych – obserwacje własne) wytłuściłem nazwy.
Zmienność aury w tym okresie (koniec zimy – początek wiosny) sprawia, że niestety musimy liczyć się z niestabilnością źródła – głównie pyłku czy nektaru (temperatura, wiatry, opady). Nawet nasza rodzima leszczyna (Corylus avellana), olsza czarna (Alnus glutinosa) czy wierzba (Salix sp.) mogą nas w tym oczekiwaniu rozczarować.
W optymalnych warunkach wczesnowiosennych można uzupełnić bazę pokarmową sadząc :
1. Wawrzynek wilczełyko (Daphne mezereum) – wolno rosnący krzew, do 1m wysokości. Liście wąskie, eliptyczne. Dość często spotykany w lasach na żyznych, wilgotnych stanowiskach. Kwiaty średnicy 12 mm, różowofioletowe, silnie pachnące, w pęczkach po dwa-trzy. W naturalnym środowisku kwitnie początek marca do kwietnia. W osłoniętych, zacisznych miejscach kwitnienie przypada na koniec lutego – początek marca. Kwitnie dość długo, do dwóch-trzech tygodni. W przypadku powrotu niezbyt silnych, krótkotrwałych mrozów, potrafi zwinąć płatki kielicha, by ponownie rozwinąć je w okresie ocieplenia. Stanowisko słoneczne do półcienistego, gleba żyzna, umiarkowanie wilgotna o odczynie zbliżonym do alkalicznego. Gatunek całkowicie odporny na mrozy. Rozmnażany z nasion wchodzi w okres kwitnienia po dwóch-trzech latach. Gorzej rośnie na glebach suchych i jałowych. Posiada ozdobne, jaskrawoczerwone owoce – trujące (!).
W handlu spotykana jest odmiana ‘Alba’ o kwiatach białych i żółtych owocach (również trujących). Kwitnie znacznie obficiej, w porównaniu do wcześniej opisanego.
2. Dereń jadalny (Cornus mas) – duży, rozłożysty krzew, wielopędowy do ok. 5 m wysokości. Liście do 10 cm, eliptyczne. Kwiaty pojawiają się w sprzyjających warunkach pogodowych (wczesna, ciepła wiosna) już na początku marca. Zazwyczaj kwitnie bardzo obficie w drugiej połowie marca – do początków kwietnia. Całkowicie mrozoodporny w naszych warunkach klimatycznych. Bardzo wytrzymały na suszę. Może rosnąć w cieniu większych drzew, ale w tym przypadku należy się liczyć ze słabszym kwitnieniem. Uprawiany powszechnie ze względu na jadalne, smaczne owoce (dereniówka). Preferuje gleby żyzne, głębokie i przepuszczalne. W handlu znaleźć można kilka odmian barwnych (liście) i bardzo liczne odmiany owocowe (selekcjonowane pod względem wielkości owoców). Termin i obfitość kwitnienia sprawiają, że gatunek ten jest masowo oblatywany przez pszczoły.
Wczesnego kwitnienia należy spodziewać się po egzemplarzach rozmnażanych przez ukorzenianie pędów lub (najczęściej) przez szczepienie. Nasiona wysiane przelegują nawet dwa-trzy lata, a w okres kwitnienia wchodzą dopiero po kolejnych 3-5 latach (w optymalnych warunkach).
Roślina ze wszech miar godna polecenia dla pszczelarzy.
3. Wiśnia wczesna (Prunus incisa) – duży krzew, małe drzewko do 4 m wysokości. Liście jajowate do 3-5 cm długości. Kwiaty białoróżowe, po dwa-trzy w pęczku, średnicy do 2 cm. W zacisznym, osłoniętym i słonecznym stanowisku może kwitnąć już w drugiej połowie marca (zazwyczaj w początkach kwietnia). Okres kwitnienia wynosi od tygodnia do dwóch. Kwitnie bardzo obficie i jest chętnie oblatywana przez pszczoły. W handlu najczęściej spotykana jest odmiana ‘Kojou-no-mai’. Jest odporna na mróz, dorasta wolno do 2 m średnicy. Gleba żyzna i umiarkowanie wilgotna. Zaznaczyć należy, że czas wczesnego kwitnienia mogą komplikować nocne spadki temperatury, dlatego też powinno sadzić się ją w miejscach zacisznych i słonecznych.
4. Leszczynowiec (Corylopsis sp.) – są to rozłożyste krzewy do 2 m wysokości. Liście (wg literatury) podobne do liści leszczyny, do 10 cm długości. Roślina spokrewniona z bardziej znanymi oczarami (Hamamelis). Kwiaty w budowie podobne do pierwiosnka (Primula veris), długości do 10 mm, żółte, zebrane w zwisające grona do 3-6 cm długości, pachnące i chętnie oblatywane przez pszczoły (nektar-pyłek). To dość rzadko spotykany gatunek w sprzedaży (bardziej ambitne szkółki mają ją w swojej ofercie). W warunkach zacisznych miejsc, na glebie żyznej, umiarkowanie wilgotnej rośnie całkiem przyzwoicie. Nie znosi obecności wapnia w glebie jak i letniej suszy. Kwiaty pojawiają się już na początku marca i kwitnie do dwóch tygodni. Na stanowiskach narażonych na silne, zimowe wiatry mogą przemarzać pączki kwiatowe. Dlatego też polecany jest dla terenów zachodniej i południowej Polski. Spełniając wymienione wyżej kryteria dotyczące miejsca sadzenia i podłoża, zadowalająco radzi sobie w warunkach klimatu Polski.
5. Kalina wonna (Viburnum farreri) – zwana też kaliną wczesną, jest to krzew do 2-4 m wysokości, o wyprostowanych pędach. Kwiaty rurkowate zebrane w główkowate kwiatostany, barwy białej z różowym odcieniem. Pojawiają się już pod koniec lutego, zazwyczaj na początku marca. Nocne przymrozki pojawiające się nocą, w granicach 2-3 stopni poniżej zera, nie uszkadzają kwiatostanów. Kwiaty przyjemnie i intensywnie pachnące. W przypadku zimowych ociepleń pojawiają się już w grudniu-styczniu. Krzew odporny na mrozy, może rosnąć na przeciętnej glebie, umiarkowanie wilgotnej. Znosi półcień ale wówczas słabiej kwitnie. Gatunek chętnie odwiedzany przez pszczoły. Spotykane w handlu odmiany, kwitną mniej obficie w porównaniu do czystego gatunku.
6. Kalina bodnanteńska ‘Charles Lamont’ (Viburnum x bodnantense ‘Charles Lamont’) – kolejny, najwcześniej kwitnący gatunek (odmiana) kaliny. Jest to krzew do 2-3 m wysokości. Kształtem liści i kwiatostanów zbliżony do poprzedniego gatunku. Kwiat wyraźnie ciemnoróżowy do jasnoczerwonego, pojawiający się już w początkach marca. Silnie i przyjemnie pachnący. Licznie odwiedzany przez pszczoły. Wymagania siedliskowe podobne jak opisana wyżej kalina wonna. W naszych warunkach mrozoodporny.
7. Wrzosiec czerwony (Erica carnea) – mała, zimozielona krzewinka (krzew) od 20-50 cm wysokości z rodziny wrzosowatych (Ericaceae). Liście igiełkowate (podobnie jak u wrzosa Calluna vulgaris) do 5-10 mm długości, po cztery w okółku. Kwiat drobny, wąski, rurkowy do 9 mm długości, na pędzie tworzy kwiatostany do 3-10 cm długości. Zazwyczaj kwitnie od początków marca do kwietnia. Na stanowiskach zacisznych i słonecznych kwiaty pojawiają się już w lutym. Gleba przepuszczalna, próchniczna i wilgotna. W bezśnieżne zimy lubi podmarzać, stąd też można zabezpieczać nasadzenia późną jesienią gałęziami świerków czy agrotkaniną. W handlu spotyka się mnóstwo odmian barwnych odnośnie koloru liści czy kwiatów jak i w odniesieniu do siły wzrostu. Polecany do małych ogrodów, tworzy barwne kobierce. Wymaga ściółkowania korą (płytki, gęsty system korzeniowy). W czasie kwitnienia chętnie odwiedzany przez pszczoły.
8. Różanecznik daurski (Rhododendron dauricum) – mały krzew do 1,5 m wysokości. Liście półzimozielone, eliptyczne do 5 cm długości, po roztarciu wydzielają przyjemny, aromatyczny zapach. Kwiat do 3 cm średnicy, barwy jasnoróżowej do lila, pojawia się już pod koniec lutego, najczęściej jednak w marciu. Kwitnie maksymalnie do 1,5 tygodnia. Krzew wytrzymały na niskie temperatury, jednak pojawiające się na przełomie lutego i marca przymrozki (mrozy), dość często uszkadzają kwiaty wrażliwe na niską temperaturę. Wskazane sadzenie w miejscu zacisznym, półcienistym, osłoniętym przed wiatrami. Gleba żyzna, próchniczna, o odczynie kwaśnym, umiarkowanie wilgotna. Wskazane ściółkowanie podłoża korą. Bardzo oryginalny i wcześnie kwitnący krzew, licznie odwiedzany przez pszczoły.
Czasami spotykany jest również w handlu różanecznik wczesny (Rhododendron praecox), podobny pod względem wymagań i tak samo wcześnie kwitnący.
9. Róża (Rosa cv.) – wyjątkowo bogata w odmiany hodowlane grupa roślin. Współczesne kultywary cechuje (poza różnorodną kolorystyką, siłą wzrostu, odpornością na choroby itp.) m.in. długość kwitnienia, rozciągająca się nawet do pierwszych późnojesiennych mrozów. Mamy do wyboru róże okrywowe, krzaczaste, czy czepne (pnące). Paleta możliwości jest praktycznie nieograniczona. Możemy wybierać w kolorystyce, sile wzrostu, mrozoodporności czy odporności na choroby grzybowe. Pszczoły chętnie oblatują kwiaty róż, w poszukiwaniu głównie pyłku. Nie będę opisywał charakterystyki odmian czy wymagań. Jest to wiedza ogólnie dostępna i nie powinna sprawiać trudności.
10. Budleja Davida (Buddleja davidii) – krzew do 2-3 m wysokości. Liście lancetowate do 25 cm . Kwiaty drobne, rurkowate zebrane w długie (do 30 cm), kłosowate kwiatostany, barwy od białej do purpurowej (liczne odmiany). Kwitnie niezwykle obficie od lipca do września-października. W warunkach Polski przemarza do granicy śniegu, ale po zabezpieczeniu nasady krzewu, dobrze regeneruje. W prawidłowej uprawie wskazane jest, aby pędy ścinać nisko, w celu rozkrzewienia. Kwitnie tylko na końcach tegorocznych pędów, paradoksalnie więc ewentualne przemrożenia pędów nadziemnych sprzyjają temu zabiegowi.
Stanowisko słoneczne, zaciszne, gleba żyzna i bogata w substancje odżywcze. Pamiętać należy, że wymagane jest coroczne zabezpieczenie nasady krzewu przez usypanie 30 cm warstwy izolującej np. kory. W handlu często spotykane są liczne odmiany barwne. Roślina masowo odwiedzana przez pszczoły, motyle czy trzmiele.
11. Perowskia łobodolistna (Perovskia atriplicifolia) – niski krzew do 1 m wysokości, coraz częściej oferowany w sprzedaży (odmiana ‘Blue Spire’). Liście małe do 5 cm długości. Kwiaty małe, fioletowoniebieskie, do 8 mm zebrane w luźne wiechy do 40 cm długości. Zaczyna kwitnienie w połowie czerwca i kwitnie do pierwszych mrozów. Kwiaty przyjemnie i intensywnie pachnące. Warunkiem dobrego zimowania w klimacie Polski jest zapewnienie mu przepuszczalnego podłoża w okresie zimy. Na glebach zimnych i mokrych przemarza i gnije. Ma ubogie wymagania względem żyzności podłoża. Rośnie dobrze na glebach piaszczystych. Godny polecenia na gleby słabszej klasy.
12. Barbula klandońska (Caryopteris x clandonensis) – niski, krzew (w Polsce traktowany jak bylina – corocznie przemarza część nadziemna) do 80 cm wysokości. Liście lancetowate do 10 cm długości. Kwiaty lilowoniebieskie, małe, zebrane w główkowate kwiatostany osadzone w kątach liści. Kwitnie bardzo obficie od połowy sierpnia do końca października. Podłoże przepuszczalne o odczynie lekko zasadowym. Toleruje też gleby lekko kwaśne. Wskazane jest kopczykowanie nasady krzewu, wiosną zaś, ścinanie przemrożonych pędów. Po zadomowieniu się na nowym miejscu, dobrze regeneruje straty części nadziemnej i kwitnie obficie. Wymaga w pełni nasłonecznionych stanowisk. Ma małe wymagania dotyczące żyzności gleby. W handlu spotkać można kilka odmian barwnych (liście).
13. Bluszcz pospolity (Hedera helix) – pnącze o zimozielonych liściach, wspinające się przy pomocy korzeni czepnych nawet do 20-25m wysokości. Liście skórzaste, trójklapowe, na pędach kwiatostanowych – jajowate i całobrzegie. Kwiaty małe, zielonkawożółte, zebrane w kuliste baldachogrona. Pojawiają się na przełomie września i października. Kwitną tylko okazy wspinające się. Egzemplarze rosnące horyzontalnie, nie kwitną. Zalicza się do wąskiej grupy roślin znoszących pełne zacienienie. Dobrze rośnie i kwitnie nawet na północnych ścianach budynków. W okresie kwitnienia licznie odwiedzana przez pszczoły (pyłek i nektar). Całkowicie mrozoodporna, jednak na stanowiskach silnie nasłonecznionych i narażonych na zimowe wiatry może podmarzać i być podatna na ataki przędziorków.
14. Lipa (Tilia sp.) – wg różnych klasyfikacji liczba gatunków na świecie wynosi od 25 do 50. W Polsce – uwzględniając naturalnych mieszańców międzygatunkowych – możemy spotkać nawet 20 taksonów (pomijając odmiany). Z punktu widzenia pszczelarstwa w Polsce główny pożytek (pyłek, nektar, spadź) daje nam lipa drobnolistna (Tilia cordata) oraz lipa szerokolistna (Tilia platyphyllos). Wielkość pożytku uzależniona jest lokalnie od warunków pogodowych, wieku drzewa czy jakości siedliska. Lipy to gatunki wymagające żyznych i umiarkowanie wilgotnych gleb.
Warto przytoczyć tu wyniki badań przeprowadzonych w latach 60-tych, dotyczących wydajności miodowej lip.
Białobok, S. i in. (1991). Lipy Nasze drzewa leśne. Tom15, PAN Intytut Denrologii (s.366) Poznań: Arkadia.
…„Jeżeli przyjąć, że jedno drzewo lipy, które badała Demianowicz i Hłyń (1960) w Arboretum Kórnickim, zajmowało przeciętnie powierzchnię 100 m², to w przeliczeniu na 1 ha wydajność miodowa lipy szerokolistnej w roku dobrego kwitnienia wynosiłaby około 80 kg, lipy drobnolistnej około 100 kg, lipy japońskiej około 290 kg, zaś lipy wonnej – około 560 kg” … i dalej w tej samej pozycji (s.359) … „całkowita ilość cukrów wydzielana przez 1 kwiat wynosi dla lipy szerokolistnej 8-9 mg, a dla lipy drobnolistnej 2-3 mg.”…
I dalej … „całkowita ilość wydzielanych przez 1 kwiat cukrów dla kolejnych gatunków średnio wynosiły: Tilia oliveri – 3,4 mg, T. japonica – 3,6 mg, T. insularis – 4,6 mg, T. amurensis – 5,3 mg, T. heterophylla – 5,8 mg, T. americana – 6,0 mg, T. spectabilis i T. tomentosa -6,4 mg, T. floridana -7,1 mg, T. euchlora – 7,2 mg, T. zamoyskiana – 7,6 mg, T. mongolica – 8,7 mg, T. tuan – 8,9 mg, T. maximowicziana – 10,3 mg, i T. miqueliana – 10,6 mg.” …
Jeszcze jedna ważna uwaga dotycząca gatunku lipy, którą możemy spotkać w Polsce. (s.359)… „Przy sposobności należy wspomnieć (za Lipińskim 1982), że spośród lip obcego pochodzenia lipa srebrzysta (T. tomentosa) i długoogonkowa (T. tomentosa subsp. petiolaris) mają w naszych warunkach nektar szkodliwy dla owadów. W czasie ich kwitnienia spotyka się pod drzewami wiele pszczół miodnych, trzmieli, pszczół samotnic oraz much zatrutych, nie mogących fruwać lub martwych. Z tych względów gatunki te nie powinny być u nas sadzone” … Lipa srebrzysta ma bardzo charakterystyczne liście w zarysie okrągławe, do 10 cm długości. Wierzch ciemnozielony, błyszczący, spód liścia wyraźnie srebrzystobiały, pokryty gęsto białymi, kutnerowatymi włoskami.
Lipa mongolska (Tilia mongolica) – Cechą podstawową, wyróżniającą ten gatunek jest głęboko klapowany liść do 7 cm długości, za młodu czerwonawy (przypomina liść brzozy), przez co wyróżnia się spośród wszystkich gatunków lip. W ojczyźnie dorasta do 10-15 m wysokości, w naszych warunkach znacznie niższa. Kwiaty pojawiają się w połowie lata i przyjemnie choć delikatnie pachną. Mrozoodporność zadowalająca. Kwiatostany małe ale występujące w dużej ilości, nawet na młodych egzemplarzach. Początek kwitnienia przypada na połowę lipca.
Lipa wonna (Tilia insularis) – Gatunek o liściach do 15 cm długości, asymetrycznych i błyszczących, jesienią złotożółtych. Odznacza się bardzo późnym kwitnieniem na przełomie lipca i sierpnia, a kwitnie nadzwyczaj obficie wydzielając subtelny zapach. Drzewo w ojczyźnie dorasta do 15-20 m, w naszym klimacie niższe.
Lipa Henry’ego (Tilia henryana) – Gatunek pochodzący z Chin. Posiada szerokie w zarysie sercowate (za młodu różowe), asymetryczne liście nawet do 15 cm długości, brzegiem bardzo silnie ząbkowane. Kwitnie nadzwyczaj obficie, najpóźniej ze wszystkich lip. Termin kwitnienia przypada na przełom sierpnia i września. W niektóre lata, kwitnienie przedłuża się do początków października. Mrozoodporność zadowalająca w najkorzystniejszych warunkach mikrosiedliskowych. Z wiekiem jej odporność na mrozy znacząco wzrasta. Docelowo drzewo do 10-15 m wysokości z szeroką koroną, wątpliwe by naszym klimacie osiągnęła takie rozmiary. Polecany gatunek przede wszystkim dla terenów zachodniej i południowej Polski. Miejsce słoneczne, zaciszne i osłonięte od mroźnych wiatrów. Gleba jak przy wspomnianych wyżej gatunkach musi być żyzna i umiarkowanie wilgotna. Posadzona na suchych glebach rośnie bardzo słabo i wymarza.
Lipy można rozmnażać generatywnie (wysiew nasion).Te jednak podsuszone przelegują przez kolejny sezon i kiełkują w drugim roku po wysiewie. Młode egzemplarze, uzyskane tą metodą wchodzą w fazę kwitnienia minimum po 5-8 lat od wschodów (w zależności od gatunku i jakości siedliska).
Najlepszą formą rozmnażania lip jest metoda wegetatywna – szczepienie na podkładkach popularnych gatunków. Takie egzemplarze wchodzą w fazę kwitnienia już w roku następnym po zaszczepieniu. Lipy to docelowo duże, stosunkowo szybko rosnące, rozłożyste drzewa. Optymalna rozstawa sadzenia to 3 do 5 metrów (optymalnie). Przycinanie zbyt gęsto posadzonych egzemplarzy pozbawia nas pędów na których pojawiają się kwiatostany.
15. Perełkowiec japoński (Sophora japonica) – drzewo dorastające w optymalnych warunkach do 20 m wysokości. Liście złożone (podobne do liści robinii) ciemnozielone. Zaletą tego gatunku jest to, że zaczyna kwitnienie w końcu lipca i w początkach sierpnia. Kwiat mały do 1 cm, zielonkawokremowy. Kwiatostany pojawiają się obficie na końcach tegorocznych przyrostów i mają postać luźnych wiech wysokości od 15 do 30 cm, wydzielając przy tym intensywny i bardzo przyjemny zapach. W dodatku kwiaty charakteryzują się wysoką miododajnością (do 350 kg/ha). Po kwitnieniu wytwarza charakterystyczne 10 cm długości strąki, które zwężają się za każdym nasieniem. Pędy mają barwę oliwkowozieloną. Gatunek bardzo odporny na suszę i warunki zurbanizowanego środowiska. Roczny przyrost (młodych egzemplarzy) w optymalnych warunkach, osiąga nawet 2,5 m. Małą mrozoodporność wykazują tylko osobniki 1-2 letnie. Starsze są już całkowicie odporne na mrozy. Należy do tej samej rodziny co robinia akacjowa (Robinia pseudoacacia), popularnie nazywanej „akacją”. Przesadzanie starszych okazów tylko wiosną, źle znosi jesienne przesadzanie (długi, palowy system korzeniowy). Najlepiej rośnie w miejscach słonecznych, na glebach umiarkowanie i dość żyznych. Okazy wyhodowane z nasion kwitną już po 5-8 latach od wschodów. Młode rośliny do dwóch lat wymagają zimowego zabezpieczania. Roślina ta posiada dobrą zdolność odroślową, więc w przypadku przemrożenia pędów nadziemnych, dobrze regeneruje, wytwarzając młode przyrosty z pąków śpiących.
Na zakończenie kilka ogólnych uwag dotyczących uprawy.
Wszystkie wymienione wyżej gatunki (odmiany), do obfitego kwitnienia wymagają stanowisk słonecznych do umiarkowanie zacienionych (wyjątek stanowi bluszcz, który zadowala się miejscami cienistymi np. północne ściany budynków).
Wrażliwsze gatunki jak i te kwitnące wczesną wiosną, do prawidłowego rozwoju, wymagają stanowisk zacisznych, osłoniętych przed panującymi na danym terenie w czasie zimy wiatrami.
Konkurencja rosnących już dużych drzew czy krzewów (od strony południowej), wpływa na wzrost i prawidłowy rozwój młodych nasadzeń. W pierwszym roku po posadzeniu zadbać musimy o nawadnianie młodych egzemplarzy (na glebach ubogich, piaszczystych), szczególnie w okresie wegetacji.
Wpływ na prawidłowy rozwój młodych roślin w pierwszych latach uprawy, mają również sąsiadujące bezpośrednio trawy czy chwasty. Wskazane jest ściółkowanie nowych nasadzeń materią organiczną (kora, skoszona trawa itp.), czyli musimy dbać przynajmniej przez pierwsze lata, o wysoką kulturę nowych nasadzeń. Zaniechanie tych czynności, skutkować może słabą udatnością przyjęć, szczególnie jeśli decydujemy się na materiał kopany z gruntu (późna jesień – wczesna wiosna).
Rośliny wyższe niż 1m, powinny być przymocowane do palików (minimalnie do jednego – optymalnie do trzech), za pomocą taśm z juty czy bawełny. Stosowanie taśm z materiałów syntetycznych, może przyczyniać się do kaleczenia (obdarcia) młodej, cienkiej kory, szczególnie na wietrznych stanowiskach.
Pisząc ten tekst pominąłem szczegółowe sposoby rozmnażania, które w większości opisanych gatunków wymagają określonej wiedzy z tej dziedziny.
Skupiłem się wyłącznie na gatunkach z tych dwóch, ubogich w pożytki okresów wegetacji. Wspomnieć należy, że ilość gatunków/odmian drzew czy krzewów wzbogacających naszą bazę pokarmową w okresie wiosennym czy letnim, jest wielokrotnie większa i bardziej (co zrozumiałe) urozmaicona. Przy ewentualnych nasadzeniach i ten aspekt należałoby wziąć pod uwagę.
Zawarte w tym tekście informacje, kieruję przede wszystkim do tych pszczelarzy, którzy mają ambicję aby wzbogacać swoją bazę pożytkową, są właścicielami małych, średnich czy dużych, niezagospodarowanych terenów wokół swoich pasiek, na których mogą sadzić poza popularną wierzbą czy leszczyną, również inne cenne gatunki drzew czy krzewów.
Dlatego też, jeśli mamy takie możliwości zadbajmy o jej wzbogacenie – szczególnie w tych dwóch newralgicznych okresach, kiedy powszechny jest niedobór składników.
Jestem przekonany, że prawidłowy rozwój naszych podopiecznych, związany jest ściśle i nierozerwalnie z bioróżnorodnością dostępnego pożytku, w dobie coraz częściej spotykanych monokultur.
„Gorszy od niemożności jest brak usiłowania” – niech ta mądra sentencja, będzie wskazówką dla tych, którzy mają jeszcze wątpliwości.
Sławomir Skórka
The post Wybrane gatunki drzew i krzewów, kwitnące w okresie deficytu popularnych pożytków pszczelich. first appeared on Wolne Pszczoły.
]]>The post VIII Zjazd Stowarzyszenia Wolne Pszczoły first appeared on Wolne Pszczoły.
]]>The post Rozmowa z profesorem Jerzym Woyke z dręczem pszczelim w tle. first appeared on Wolne Pszczoły.
]]>
Dzień dobry Panie profesorze. Jestem przedstawicielem Stowarzyszenia Pszczelarstwa Naturalnego „Wolne Pszczoły”, które zostało założone dwa lata temu. Zakładając zrzeszenie przyjęliśmy sobie takie długofalowe cele:
Tym samym chcemy propagować odradzanie się w pewnym zakresie dzikiej lub zdziczałej populacji pszczół w Polsce.
Profesor Jerzy Woyke: Czy to jest stowarzyszenie pszczelarzy, miłośników czy może coś w rodzaju Greenpeace?
Jesteśmy luźnym stowarzyszeniem pszczelarzy i miłośników. Każdy kto się zgadza z celami statutowymi i wypełnia zobowiązania statutowe związane z hodowlą pszczół, jeśli zapłaci składkę, może do niego należeć.
Wracając do celów stowarzyszenia. Nie ma dzikich pszczół, bo te same mogą żyć w lesie, w dziupli, jak i w ulu. Może być to broń obosieczna, bowiem jak zginie taka rodzina w naturze, to pozostawi po sobie różne zarodniki i bakterie np. zgnilca. Zwykły pszczelarz stosuje na to różne środki a taka choroba może się rozszerzać. Dlatego takie działania należy robić z wyważeniem i znajomością. Każdy kij ma dwa końce.
W świecie przyrody wszystkie organizmy mają jakieś swoje pasożyty i patogeny. Widziałem wyniki badań przeprowadzanych w Małopolsce na zgnilcu. Okazało się, że w ok 70% uli znaleziono zarodniki zgnilca, pomimo że wiele rodzin nie chorowało1). Czytałem też Pana artykuł o rodzinach odpornych na zgnilca. Wydaje mi się, że podobnie może być z warrozą. Pośród populacji pszczół odpornych na warrozę, owszem, będą straty, ale na akceptowalnym poziomie. Stąd pytanie czy da się w ogóle całkowicie wyeliminować wszelkie choroby?
Nie, nie da się. Najczęściej jest tak, że rodziny nie są odporne na jedną, ale równocześnie na różne choroby, które mają podobne objawy. Przykładowo można selekcjonować pszczoły na zgnilca europejskiego, a one przy okazji zdobędą odporność na zgnilca amerykańskiego.
Czy więc może być tak, że jeśli wypracujemy odporność na warrozę, to pszczoły będą odporne także na inne choroby?
Raczej nie. Varroa destructor to roztocz, który żeruje na pszczole i nie ma to wiele wspólnego z odpornością na bakterie i wirusy. Jednak jeżeli pszczoła zdobędzie odporność na warrozę, to może być też odporna na Tropilaelapsa.
Proszę podzielić się historią, jak poradził Pan sobie z Tropilaelapsem w Azji nie stosując środków chemicznych, a tylko metody biologiczne.
W Europie i w Afryce żyje pszczoła miodna Apis mellifera, natomiast w Azji żyje nieco mniejsza pszczoła wschodnia Apis cerana. Jej rodziny w maksimum rozwoju osiągają około dziesięć tysięcy robotnic. Natomiast Apis mellifera w okresie maksymalnego rozwoju dochodzi do wielkości pięćdziesiąt, sześćdziesiąt tysięcy robotnic. Gdy sprowadzono ją do Indii, Nepalu, Wietnamu i Afganistanu, produkowała ona nawet dziesięć razy więcej miodu od pszczoły miejscowej. Problem jednak polegał na tym, że nie przeżywała dłużej niż trzy lata. W Afganistanie panował wówczas rząd lewicowy, który wieloma takimi sprawami się zajmował i nawet na swoim stanie miał trzy tysiące rodzin pszczelich. Jednak po trzech latach zostało ich sto. Poprosili mnie, poprzez FAO, o pomoc. W marcu przyjechałem i poinformowano mnie, że chodzi o Tropilaelapsa. Po pierwszych przeglądach w żadnym ulu nie znalazłem roztoczy. Wytłumaczono mi, że w zimie roztocz opuszcza ule i żeruje na myszach. Sądzili tak dlatego, że znaleźli na myszach roztocza, które żerowały na pszczołach.
Podczas kolejnej kontroli w maju znaleźliśmy Tropilaelaps we wszystkich ulach. Varroa potrafi przeżyć zimę bo żeruje na dorosłej pszczole przebijając błonę pomiędzy segmentami, pomimo że rozmnaża się tylko pasożytując na czerwiu w okresie lata. Pomyślałem, że prawdopodobnie ten Tropilaelaps nie może zimą przeżyć na pszczołach? Kładłem wobec tego roztocz na pszczołę dorosłą umieszczoną w probówce i obserwowałem. Chodziłem z próbówką pod pachą gdyż nie miałem cieplarki by zapewnić odpowiednią temperaturę. Czasami śniło mi się, że roztocza w nocy wyszły i mnie objadały. Tropilaelaps nie przeżył na pszczole dłużej niż trzy dni. Oznaczało to, że nie potrafi pić hemolimfy z dorosłej pszczoły, a tylko z larw. Metoda, którą wymyśliłem, była prosta: należało dopilnować, aby przez jakiś czas w ulu nie było czerwiu otwartego. Okazało się, że wystarczy matkę zamknąć w klateczce na dziesięć dni i wszystkie roztocza zginą. Dodatkowo zamknięcie matki wpływa na powiększenie ilości zbieranego miodu. Za tę pracę dostałem nawet kilka międzynarodowych nagród.
Kilku pszczelarzy, którzy podejmują próby niestosowania żadnych medykamentów przeciw warrozie, wywołuje przerwę w czerwieniu różnymi technikami: sztucznymi, jak izolatory, czy odkłady bez matki, lub naturalnymi, jak rójka, czy długi okres bezczerwiowy od jesieni do przedwiośnia. Co Pan myśli o takich metodach?
Problem w tym, że to nie jest radykalna metoda. Podobnie jak w przypadku odymiania amitrazą, która nie zabija roztoczy w komórkach. Chodzi o to, aby odymiać wtedy, kiedy nie ma czerwiu i wtedy przerwa w czerwieniu ma sens.
Mam takiego przyjaciela, Amerykanina mieszkającego we Francji, który nazywa się John Kefuss. On nic nie stosował na warrozę. Kiedy odwiedziłem go na pewnej konferencji, ogłosił taki konkurs: kto znajdzie osobnika Varroa na jego pszczole, otrzyma dolara od sztuki. Chętni znajdowali do dwudziestu sztuk.
Ale pszczoły dalej żyły?
Tak, najpierw było ich dużo, później zostało mało, ale się uodporniły.
John Kefuss stosował radykalną selekcję naturalną. Nazywał ją testem Bonda, która polega mniej więcej na zastosowaniu zasady: daj żyć i pozwól umrzeć. Co Pan myśli o tej metodzie?
To bardzo kosztowna i pracochłonna metoda. Mnóstwo rodzin zginie, ale owszem, wyselekcjonują się. Tak jak chociażby wszystkie rośliny.
Czy można ją wdrożyć nawiązując do Pana artykułu 1988 roku pt. „Hodowla pszczół odpornych na warrozę”2)? Czy w Polsce ktoś zastosował Pana porady z tego artykułu?
W Polsce nie, ale na świecie stosowali np. w Danii i w Szwecji. Uzyskiwali nawet dobre rezultaty. Takie, jakich mniej więcej się spodziewałem. Otrzymałem nawet sprawozdania. Tylko jest jedno „ale”: brak sztucznego unasienniania. Jeżeli nawet wyselekcjonowano odporną matkę, to unasienniała się ona w locie z nieodpornymi trutniami z okolicy i wszystko co mieli przepadało. Dałoby się to osiągnąć w zakładzie naukowym, albo przy kontrolowanym unasiennianiu. U innych zwierząt, jak u konia, kury, krowy, można doprowadzić do kopulacji z dowolnym wybranym osobnikiem tego samego gatunku, z pszczołami nie jest tak łatwo. Jeśli chodzi o takie eksperymenty za granicą, w tym Johna Kefussa, to nie wiem jak one się skończyły.
Jeżeli chodzi o Kefussa, to jego syn teraz gospodaruje we Francji, a on także w Ameryce Południowej, w Chile, z tego co czytałem. Czy Kefuss używał sztucznego unasiennania?
Tak. On był specjalistą w tym temacie. Opracował swoje metody. Nie tylko stosował, ale także badał sztuczne unasiennianie3).
Jeden z naszych kolegów kontaktował się z nim w sprawie zakupu odpornych matek, a on odpisał: „rób to co robisz”, czyli w jego wypadku chodziło o to, aby rozmnażał te, które przeżyją bez leczenia. Pomimo, że kolega nie stosuje sztucznej inseminacji.
Tak, to jest rozsądne, ale dużo zależy od warunków zewnętrznych. Nie ma najlepszej pszczoły na świecie. Każda będzie miała swoje lokalne warunki, w których będzie się najlepiej czuła. Czasem wystarczy przenieść pszczoły do innej miejscowości, która okaże się dla tych pszczół zła, choć wcześniej w innej miejscowości dobrze się czuły. Zmieniły się na przykład pożytki i mikroklimat. Co działa w jednej miejscowości, w innej może, przeciwnie, działać źle.
Czy w jednej miejscowości może być inna mikroflora niż w drugiej, do której pszczoła nie będzie dostosowana?
Tak właśnie może być.
Czy da się w takim razie w jednym instytucie w Polsce wyhodować odporną na choroby pszczołę i rozesłać do wszystkich pszczelarzy matki tej linii, aby to u nich zadziałało?
Prawdopodobnie nie. W lokalnych warunkach należy selekcjonować lokalne pszczoły, albo takie która mają podobne warunki. U nas kiedyś była głównie pszczoła Apis mellifera mellifera, a później okazało się, że w wielu okolicach lepsza jest krainka, kiedy są pożytki wczesne takie jak na przykład rzepak.
Zgromadziliśmy taką listę pszczelarzy z Europy którzy nie leczą już wiele lat. Oto ona4).
Czy są pośród nich tacy co stosują sztuczne unasiennianie?
Niektórzy stosują, ale jeżeli stosowali w izolacji, tak jak Juhani Lunden z Finlandii, to po kilku latach pojawił się problem z bliskim spokrewnieniem.
To trzeba wprowadzać wtedy inne linie. Jeśli pszczoły krzyżowane są w bliskim pokrewieństwie, to może się źle skończyć. W skrajnych przypadkach nawet 50% czerwiu może się nie rozwijać.
Zastanawiam się, czy gdyby stosować naturalne unasienianie, biorąc pod uwagę, że nasza pszczoła unasieni się z obcym trutniem, czy to na pewno zniszczy całą wcześniejszą pracę?
Można też naturalnie na trutowiskach izolowanych, tak jak na wyspach, czy w różnych dolinach pomiędzy górami. Wtedy też ma to sens. W Polsce praktycznie dookoła 20 km nie powinno być żadnych pszczół. W Polsce nie ma takiej miejscowości.
Są już badania, które pokazują, że mikroflora na pancerzyku chitynowym, w jelicie, w pierzdze, w środowisku ula, ma znaczenie dla zdrowotności pszczoły, a także wiele czynników środowiskowych jak choćby naturalny plaster czy odpowiedni naturalny pokarm. Chyba nie same genetyczne czynniki mają znaczenie?
Owszem. Mnie to też interesuje. Okazało się, że zaleszczotek książkowy, który żyje naturalnie w ulu, też niszczy w jakimś stopniu warrozę. Gdy jest za bardzo czysty ul bez szpar, to też niedobrze, bo okazuje się, że w takim brudnym zaleszczotek potrafi rozmnażać się lepiej niż w czystym.
Dlatego naszym celem nie jest to, aby wybić całą warrozę, albo żeby pszczoła to zrobiła, ale aby nauczyła się z nią, w pewnym małych ilościach, żyć.
Taki balans przeżyciowy. To jest mądre gdyż radykalne metody bez brania innych środków pod uwagę, zwykle nie dają dobrych rezultatów.
Czy można zaryzykować twierdzenie, że będzie w przyszłości w Polsce coraz więcej ludzi, którzy będą się pasjonowali trzymaniem pszczół bardziej dla przyjemności i satysfakcji, a korzyść z produktów pszczelich nie będzie dominującym warunkiem posiadania przez nich pszczół? Tacy hobbyści mogliby angażować się bardziej w selekcję naturalną gdyż mogliby poświęcić więcej swoich pszczół do tego celu.
To już się dzieje. Prawdę powiedziawszy ja też nie dla zysku utrzymywałem pszczoły.
Często tacy hobbyści (o których mówi się czasem „oszołomy”) dochodzą do różnych korzystnych wyników. Jest obecnie wielu takich, a będzie jeszcze więcej, i to są bardzo cenni ludzie.
Naukowiec i pszczelarz Ron Hoskins z Wielkiej Brytanii nie leczy pszczół od 1990 roku, kiedy zaczął prowadzić selekcję używając też metody sztucznego unasienniania. W 2010 roku zaproponował hodowlę bez leczenia pszczół przyszłemu hobbyście Garethowi Johnowi, który w magazynie British Beekeepers Association w 2015 roku w swoim artykule na temat balansu pomiędzy pszczołami a warrozą napisał tak:
“Jako hobbysta mam wolność eksperymentowania. Z pewnością Ci z nas, którzy mają taką wolność, powinni jej użyć, aby dać możliwość wykazać się pszczołom w rozwijaniu ich naturalnej obrony przed Varroa. Dowody wskazują, że równowaga, o której pisałem na początku artykułu, nie jest wcale tak daleko”5)
w wolnym tłumaczeniu: jest na wyciągnięcie ręki. Czy Pan by się pod tym podpisał?
Tak. Tacy ludzie są bardzo cenni. Wracając do mojego artykułu z 1988 roku. Gdyby się nic nie robiło, to prawdopodobnie już pszczół by nie było. Pszczoły pojawiły się w okresie geologicznym kiedy powstały kwiaty okrytonasienne. To był okres zwany kredą. W tym okresie żyły też dinozaury, które później na skutek prawdopodobnie jakiś przesileń czy kataklizmów przyrody wyginęły, lecz pszczoły przeżyły. Dlatego zwykłem mówić, że jak pszczoły przeżyły dinozaury to i nas przeżyją. Nie spodziewam się aby pszczoły miały wyginąć.
W internecie krąży taka opinia, że powiedział Pan, że o biologii pszczół wiemy zaledwie 5%. Czy to Pana cytat?
Nie, to nie mój. Uważam, że 5% to za mało. Wiemy więcej.
Reasumując, czy jest szansa, że w końcu pszczoły się uodpornią na warrozę, kiedy umożliwi im się taką sytuację?
Tak. Dojdzie do równowagi pomiędzy pasożytem a gospodarzem. Nawet z biologicznego punktu widzenia nie jest w interesie pasożyta, aby całkowicie zniszczyć populację gospodarza.
Stosując chemiczne preparaty uszkadzamy i osłabiamy trochę pszczoły (w końcu wiele z tych środków to insektycydy chociaż o tym najczęściej się nie mówi) a jednocześnie selekcjonujemy warrozę na bardziej zjadliwą.
Owszem. Pojawiają się mutacje które normalnie by nie przeżyły.
Czy zwiększanie używania takich środków nie jest w takim razie drogą donikąd?
Owszem. Jak jedne środki przestają działać to wymyśla się nowe i to jest taka praca bez końca.
Czyli to, co staramy się robić jako stowarzyszenie wydaje się rozsądne?
Tak. W końcu taka równowaga się utrzyma, ale stuprocentowa odporność nie jest możliwa, tak przypuszczam.
Właśnie do takiej równowagi dążymy. Daje nam Pan profesor nadzieję. Może poruszę temat trutni i ramki pracy. Czy nie zachodzi tu proces selekcji warrozy na tą, która lepiej się rozmnaża w komórkach robotnic? Jeżeli będziemy za każdym razem niszczyli komórki trutowe, to będą przeżywały lepiej te osobniki Varroa, które przeżyją w komórce robotnicy.
Ma pan rację. Dlatego ważne jest, aby nie stosować jednej metody zwalczania lecz naprzemiennie różne. Tymi różnymi działaniami w końcu wywołujemy inne, następne problemy.
Jest taki szwedzki pszczelarz naturalny, Erik Osterlund, który od wielu już lat bada problem odporności pszczoły na warrozę obserwacjami na swoich pasiekach. Sformułował hipotezę, że pszczoły w tej samej pasiece, czy blisko siebie, mogą się uczyć wzajemnie od siebie. Co Pan na ten temat sądzi?
Nie wydaje mi się, aby to była prawda na szerszą skalę. Może uczą się jednostki, ale aby działało to na pokolenia, to raczej kwestia późniejszej selekcji.
Podgatunki Apis mellifera capensis i Apis mellifera scutellata są odporne na warrozę. Czy mógłby Pan przybliżyć na czym polega odporność?
Polega to na krótszym okresie rozwoju pszczoły w komórce plastra.
Co dla Pana oznacza termin odporności rodziny pszczelej?
To nie jest moja dziedzina. Jest specjalny zakład chorób pszczół na SGGW i ich trzeba się pytać.
Przed jakimi trudnościami chciałby Pan ostrzec ludzi, którzy chcą się zabierać za pszczelarstwo naturalne?
Myślę, że tacy mali hobbyści eksperymentatorzy raczej nie będą mieć wpływu na ogólny stan pszczelarstwa. To są pożyteczni ludzie, ale raczej nie mają możliwości, żeby wpłynąć na hodowlę.
Mamy w takim razie dwa utopijne założenia. Jedno, że da się zwalczyć kiedyś warrozę w Polsce w 100%. Drugie, że wszyscy pszczelarze przestaną używać medykamentów i poniosą selekcyjne straty. Czy jest możliwa taka realna sytuacja, że będą obok siebie istnieli pszczelarze naturalni, zarówno hobbyści i naukowcy, oraz pszczelarze zawodowi?
To jest przykład najzdrowszego społeczeństwa. Poleganie tylko na skrajnościach mogło by się źle skończyć. A taki naturalny rozkład od najlepszego do najgorszego, z największą ilością średnich pośrodku, jest najbardziej zdrowy, jak generalnie w całym świecie przyrody.
Czy w takim razie, jeśli będą istniały te dwa środowiska pszczelarzy obok siebie, a trutnie z jednych do drugich będą wzajemnie zalatywały, to czy da się wypracować na powrót jakąś chociaż zdziczałą populację pszczół, która będzie w stanie przeżywać w dziuplach, zakamarkach, lub sztucznych skrzynkach?
W Polsce przywracają bartnictwo. To jest dobre pokazowo dla innych i dla badań, ale większego znaczenia mieć nie będzie. To raczej takie amatorskie działania.
Zdarzają się jednak pszczelarze którzy sprzeciwiają się dzikiej zabudowie, barciom, dzikim siedliskom dla pszczół w lesie. Czy popierałby Pan takie sprzeciwy?
Nie popierałbym. Jestem za wzajemną tolerancją. Trzeba jednak zaznaczyć, że barcie z pszczołami mogą być w lesie, jeżeli ktoś będzie systematycznie badać ich zdrowotność, aby nie stały się źródłem rozprzestrzeniania chorób pszczelich.
Na zakończenie dodam, że w Brazylii nie stosuje się żadnych środków przeciwko warrozie od ponad 30 lat. Prawdopodobnie jest to spowodowanie krzyżowaniem z pszczołami afrykańskimi. Pszczoły w Brazylii zostały zafrykanizowane6).
Rozmawiał Jakub Jaroński
Wywiad autoryzowany
1) Dokładnie 71,3% (przyp. aut.)
Dr Krystyna Pohorecka, lek. wet. Marta Skubida, lek. wet. Andrzej Bober, mgr inż. Dagmara Zdańska (2012), Zakład Chorób Pszczół, PIWet-PIB w Puławach, „Zakażenie rodzin pszczelich sporami Paenibacillus larvae to nie zawsze choroba, ale już realne zagrożenie”, Pszczelarstwo 9/2012
2) Profesor Jerzy Woyke (1988), „Hodowla pszczół odpornych na warrozę”, Pszczelarstwo 39(11)
3) John Keffus jednak twierdzi, że w Teście Bonda młode matki pszczele, po matkach przeżywających selekcję naturalną, unasieniają się po prostu z wolnego lotu tj. naturalnie (przyp. aut.).
John Kefuss, Jacques Vanpoucke, Maria Bolt & Cyril Kefuss (2015), „Selection for resistance to Varroa destructor under commercial beekeeping conditions”, Journal of Apicultural Research, 54:5, 563-576
4) Lista na forum Wolnych Pszczół
5) Gareth John (2015), „Archeiving balance beetween bees and varroa” The British Bee Journal (June)
The post Rozmowa z profesorem Jerzym Woyke z dręczem pszczelim w tle. first appeared on Wolne Pszczoły.
]]>